Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Moim zamiarem nigdy nie było wylewanie gorzkich żali ani rozładowanie frustracji. Nie przeczę, że nie jestem sfrustrowana, ale do tej pory nie widziałam sensu w wywnętrznianiu się ludziom, dla których jestem anonimowa.

Jednakże po ostatnich doświadczeniach - zarówno swoich, jak i moich znajomych stwierdziłam, że opisanie sytuacji, w jakiej znajdują się młodzi i wykształceni ludzie, z wielkim potencjałem i chęcią do nauki będzie swoistym oczyszczeniem albo chociaż pewną formą odreagowania lub terapii.

Gotowość do opisania tego stadium zaczęła narastać we mnie od momentu pojawienia się artykułów o bezrobociu i brakach perspektyw w środowisku absolwentów wyższych uczelni, jak również po kuriozalnych "apelach" organizacji pracodawców, których zdaniem młodzi ludzi nie są wystarczająco elastyczni, aby dostać pracę.

W to ostatnie śmiem wątpić, ponieważ nie mogę wyobrazić sobie większej elastyczności w związku z gotowością do znalezieniem pracy jak to, że 80 proc. młodych ludzi jest gotowych zmienić miejsce zamieszkania, aby tylko móc pracować (o kwocie wynagrodzenia nie wspominając).

Jeżeli takie deklaracje nie spełniają przesłanek wymaganej elastyczności, to nie wiem, co tą elastycznością miałoby być. Młodzi ludzie gotowi są wyjechać z miasta, w którym mieszkają i z kraju, w którym się urodzili, gdzie mają rodziny, przyjaciół itp. Nie chcą tylko udać się w poszukiwaniu pracy na inną planetę, być może tylko dlatego, że nie jest to jeszcze możliwe.

Nie mam żadnych nadziei, że napisany przeze mnie tekst cokolwiek zmieni, ponieważ nadzieję straciłam dawno, ale jednak zdecydowałam się opisać impas, w którym się znalazłam i w którym nie jestem odosobniona. Może przyniesie mi to trochę wytchnienia albo da mi poczucie miałkiej satysfakcji opisania rzeczywistości, w której młode pokolenie zmuszone jest żyć, a które było - przynajmniej teoretycznie - uważane za pokolenie, które może dać początek zmianom, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i mentalnym kraju.

Nie chciałabym generalizować (choć jest to łatwe i wygodne), ale skupię się na obszarze, który jest mi znany i którego działań sama doświadczyłam bądź doświadczyli go moi znajomi.

Jestem absolwentką Wydziału Prawa, który to wydział ukończyłam z oceną bardzo dobrą i jedną z najwyższych średnich na Uczelni. Obecnie jestem doktorantką na jednym z wiodących Wydziałów Prawa w Polsce, do katedry którego zostałam przyjęta z pierwszego miejsca przy liczbie ok. 15 kandydatów na miejsce. Władam kilkoma językami (poza polskim), prowadzę zajęcia ze studentami, a od drugiego roku studiów regularnie odbywałam praktyki zawodowe, również w trakcie roku akademickiego i bez problemu łączyłam to z innymi obowiązkami (i osiągałam bardzo dobre wyniki w nauce).

Po zakończeniu studiów wraz z przyjęciem na studia doktoranckie zaczęłam szukać pracy. Nie miałam złudzeń, że będzie ciężko i byłam na to przygotowana, ale nie spodziewałam się, że spotka mnie coś aż tak niespodziewanego. Zostałam odarta z wszelkich nadziei nadzwyczaj szybko i przekonałam się, że nic w tym kraju nie znaczą wiedza i umiejętność jej efektywnego zastosowania w praktyce w obliczu braku znajomości.

Po przejściu kilkuetapowych rekrutacji niedoszły pracodawca proponuje miesięczny bezpłatny staż zaznaczając, że nie ma szans na jego przedłużenie ze względu na toczący się już nabór stażystów, którzy rozpoczną praktykę pierwszego dnia kolejnego miesiąca.

Nastawienie na tanią (ale wykwalifikowaną, bo przepuszczoną przez sito niełatwych testów językowych i merytorycznych) siłę roboczą pracodawcy odpowiada, ponieważ praca wykonywana przez praktykanta nie będzie wszak przypisana praktykantowi, lecz pracodawcy, a ponadto pracodawca - w czasie gdy stażysta wykonywać dla niego pracę mając nadzieję, że może jednak są jakieś nadzieje na zatrudnienie, jeśli przyłoży się do pracy i wyjdzie z biura późną godziną nocną - zje obiad.

Jednak propozycje bezpłatnych praktyk, po których z góry wiadomo, że na nic innego jak kolejny nic nieznaczący wpis w CV nie można liczyć, są być może i tak najlepszym, co może spotkać absolwenta prawa.

W innych, mniej korporacyjnych miejscach pracy, potencjalny pracownik dostaje do wypełnienia test wiedzy z różnych dziedzin prawa. Mimo iż test jest zrobiony dobrze, a rozmowa kwalifikacyjna (której nie można tym mianem określić, bowiem kwalifikacja odmowna została dokonana prawdopodobnie jeszcze przed spotkaniem) do niego dopuszczająca też wypadła pozytywnie, o zatrudnieniu nie może być mowy, ponieważ kandydat ma za wysokie kwalifikacje.

Albo jest to rozpoczęty doktorat, albo znajomość zbyt wielu języków obcych lub też zbyt szeroka gama zainteresowań, co mogłoby w przyszłości "doprowadzić do frustracji w firmie, w której rozmowa jest prowadzona". A osoba przychodząca na rozmowę przecież chce "tylko" pracę, a to, czy będzie ona frustrująca jest rzeczą drugorzędną, i na pewno aplikując na dane stanowisko poszukujący pracy absolwent wziął to wcześniej pod uwagę. W obliczu tych "zarzutów" być może stosowne byłoby zaniżenie w CV swoich kwalifikacji?

Absolwent prawa poszukujący pracy w korporacjach, które w swej strukturze jako jeden z działów przewidziały Departament Prawny będzie miał przyjemność rozmowy z modnym ostatnio Human Research Director albo Recruitment Manager, czyli krótko mówiąc z osobą, która odpowiedzialna jest za stwierdzenie, czy dany kandydat pasuje do profilu firmy, w której miałby pracować i czy znajdzie się dla niego miejsce w przepastnym worku tzw. "zasobów ludzkich".

Niestety, specjalista ds. Zasobów Ludzkich zazwyczaj nie ma warsztatu merytorycznego do przeprowadzenia rozmowy, ponieważ - abstrahując od aspektu psychologicznego - nie ma wystarczającej wiedzy z dziedziny np. prawa, która w pracy prawnika jest czymś ważnym, jeśli nie najważniejszym. Rezultatem rozmowy kwalifikacyjnej jest wypisane na twarzy specjalisty ds. rekrutacji przekonanie, że rozmówca nie nadaje się do pracy prawnika w jego firmie, ponieważ specjalista ten nie wiedział o czym kandydat mówi operując pojęciami z zakresu Kodeksu spółek handlowych, a co za tym idzie nie jest pewne czy mówi na temat i prawdopodobnie nie orientuje się w materii, w której miałby pracować.

Kiedy już wszelkie możliwości szukania pracy w zawodzie zostały wyczerpane, absolwent prawa jest zdeterminowany, aby znaleźć pracę niekoniecznie w swoim zawodzie, ale może gdzieś na jego obrzeżach. Zostaje więc stanowisko recepcjonistki, asystentki czy sekretarki. Na tym etapie jest wszystko jedno, czy praca ta będzie polegała na liczeniu spinaczy, odbieraniu telefonów czy podaniu kawy podczas spotkania. Nie jest jednak łatwo, ponieważ - mimo dużej ilości ofert pracy na takich stanowiskach - w dzisiejszych czasach w stanowisko recepcjonistki/asystentki/sekretarki należy wliczać - oprócz kserowania, skanowania, wysyłki poczty - rolę kochanki.

O tym aspekcie pracy potencjalna kandydatka informowana jest mailem będącym odpowiedzią na pytanie o zakres obowiązków na wyżej wspomnianym stanowisku. Informacje takie z punktu widzenia pracodawcy są rzeczą jak najbardziej normalną, przy czym potencjalny pracodawca zaznacza, że jeżeli zaproponowane warunki potencjalnej kandydatce na stanowisko nie odpowiadają, to niech lepiej nie odpowiada na maila, bo pracodawcy nie zależy na aspekcie moralnym wystosowanego pisma.

Pracodawca bowiem stwierdza bez zażenowania, że "szuka kogoś kto pracując z nim (firma to kilkanaście osób) będzie jednocześnie jego kochanką (bez ingerencji w swoje życie)", po czym uprzejmy jest zaznaczyć, iż: "uprzedza, że nie jest obleśnym typem, choć niestety także nie modelem". Na zakończenie jakże budującej korespondencji zaznacza, że "jeżeli jesteś zainteresowana proszę o kontakt, jeżeli zaś nie, proszę o skasowanie maila i nie tracenie czasu na pouczenia, umoralnianie itp."

Co więcej pozostaje absolwentce prawa, doktorantce na Uniwersytecie władającej kilkoma obcymi językami?

Powyższy tekst nie ma być peanem na cześć bezbronności i niewinności świeżo upieczonych absolwentów uczelni wyższych, którzy nie mają perspektyw, ani też pamfletem demonstrującym nienawiść wobec ewentualnych czy niedoszłych pracodawców. Żaden z tych wyborów nie ma ani znaczenia, ani sensu - od demonstrowania swojej bezradności nikomu się jeszcze nie poprawiło, a nienawiść jest jednym z najbardziej ohydnych uczuć, które nienawidzącego szpeci, a znienawidzonemu w gruncie rzeczy nie szkodzi. Powyższy tekst nie ma być też apelem, bo gdyby nim był niechybnie trafiłby w pustkę. Niech każdy zinterpretuje go więc tak, jak uważa za stosowne.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.