Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Wielkie brawa dla Tygrysa - list czytelnika 50+

Zaczęło się w czerwcu 2009 roku. Moje studia zbliżały się do końca, czas najwyższy zacząć szukać pracy - wszak magister bez doświadczenia zawodowego to nikt, a przynajmniej tak się mówi. Zastanówmy się, jak to zrobić.

Wejdźmy w skórę rekrutera, który każdego dnia przerzuca setki, jeśli nie tysiące CV. Trzeba się wyróżnić. Internet jest pełen dobrych rad, ale trzeba wybrać te najlepsze. Zastanówmy się, jak to zrobić.

Zdjęcie na CV? Nie, jestem programistą, nie hostessą. Nie chcę, by pierwsze wrażenie było zbudowane na podstawie opinii rekrutera o mojej twarzy. Dalej, opisać w doświadczeniu dorywcze prace programistyczne? Nie opisywać? Wybieram część, załączam odnośniki.

Zaczynam przeglądać oferty pracy. Portale wymieniają się między sobą ogłoszeniami, więc szybko odnajduję portal agregujący ogłoszenia z czterech największych serwisów. Włączam subskrypcję na słowo "programista", żeby otrzymywać tylko te oferty, które faktycznie mnie interesują. Nie chcę się rozpraszać stanowiskami, które mnie nie dotyczą.

Zanim wyślę CV, zastanawiam się dokładnie nad profilem firmy i pieniędzmi, jakie gotowa będzie we mnie włożyć. Sprawdzam, ile zarabiają programiści w moim regionie. Gdzie? Oczywiście w internecie, ale prócz tego pytam znajomych ze studiów, którzy już rozpoczęli karierę. Jestem przecież otoczony ludźmi, którzy są programistami, tak jak ja.

Wybieram dziesięć ofert pracy. Sprawdzam ich flagowe produkty, przyglądam się ich klientom. Dowiaduję się jak najwięcej o ich działalności. Szukam opinii - nie tylko klientów, ale i pracowników. Przeglądam kilka losowo znalezionych profili pracowników na Facebooku i Goldenline.

Pięć ofert odpada. Przy dwóch pracodawcach pracownicy skarżyli się na problemy z płatnościami na nadgodziny, dwie kolejne miały złą opinię wśród klientów. Jedna trzymała pracowników na niekończących się okresach próbnych za głodową stawkę.

Zaczynam pisać listy motywacyjne. Każdy z osobna. Na podstawie mojej wiedzy o potencjalnym pracodawcy wiem, co wpisać. W jednym opisuję swoje duże umiejętności w mało popularnym systemie baz danych, akurat wykorzystywanym przez flagowy produkt firmy. W drugim opisuję rozbudowane aplikacje tworzone przeze mnie na studiach, których budowa jest zbliżona do produktów firmy. I tak każdy list z osobna - mam czas, jest ich tylko pięć. Oczywiście do każdego listu dokładam odnośniki do swoich produkcji, by pracodawca mógł mnie przejrzeć.

Jestem gotowy. Wysyłam pięć CV i listów motywacyjnych.

Pierwszy telefon dzwoni dwa dni później, rano. "Chcemy się z panem spotkać, może być dziś, czy raczej jutro?". Jutro, myślę. Muszę się przygotować.

Wracam do profilu firmy. Powtarzam sobie zagadnienia związane z językiem programowania stosowanego w ich produktach. Dowiaduję się o czołowym produkcie - zapytam o niego w rozmowie. Rekruter musi wiedzieć, że się nimi zainteresowałem, a moja aplikacja nie była jedną z sześciuset.

Wstaję chwilę wcześniej, robię mocną kawę. Pastuję buty, zakładam garnitur, białą koszulę i rzucający się w oczy krawat.

Przyjeżdżam do biura. Miejsce jest urocze. Dużo zieleni, cisza, spokój i kilka kotów. Czekam chwilę na rekrutera w pomieszczeniu programistów. Rozglądam się, obserwuję. Może wychwycę jeszcze jakąś informację, która pomoże mi zabłysnąć na rozmowie.

Pojawia się rekruter, zaczynam od testu pisemnego z programowania. Wynik - 80%. Przechodzimy do części praktycznej. Siadam do komputera i udowadniam swoje umiejętności. Zostaje jeszcze chwila czasu na rozmowę. Rekruter zadaje pytania - w większości są to prośby o rozbudowę tego, co napisałem w liście motywacyjnym. Spokojnie opowiadam i pokazuję projekty, którymi mogę się pochwalić - oczywiście tylko te, które mogłyby pracodawcę zainteresować. Dopytuję o szczegóły oferowanego stanowiska - czym będę się zajmował. Dowiaduję się, że produktem flagowym. Wiem już trochę o nim, więc pytam o szczegóły. Rekruter się uśmiecha. Przechodzimy do pytania o zarobki. Mówię oczekiwaną kwotę. Rekruter nie negocjuje, informuje mnie tylko że przekaże to do osób "na górze". Na koniec jeszcze jedno pytanie. "Widzę, że wpisał pan w zainteresowaniach harmonijkę ustną i gitarę. Też czasem gram." Ostatnie dziesięć minut przebiega w maksymalnie rozluźnionej atmosferze. "Skontaktujemy się z panem" i uścisk dłoni.

Mijają cztery godziny. Dzwoni telefon. "Pan był dziś u nas na rozmowie kwalifikacyjnej, od kiedy może pan zacząć? Od jutra? Doskonale."

Następnego dnia podpisuję umowę. Do końca tygodnia odbieram jeszcze trzy telefony z propozycjami rozmowy kwalifikacyjnej. Grzecznie odmawiam, warunki tutaj są dobre.

Cztery zaproszenia na rozmowę na pięć wysłanych CV. Pięć maksymalnie ukierunkowanych, skrojonych na miarę CV i listów motywacyjnych. Cała operacja zajęła mi tydzień - od pojawienia się myśli "hm, poszukam pracy" do podpisania umowy. Pracuję dziś w firmie, której pracownicy na Facebooka i NK wrzucali zdjęcia ze spotkań integracyjnych przy piwie i paintballu.

Z politowaniem patrzę na ludzi, którzy wysyłają tysiące CV i narzekają, że nie ma pracy. Nie dziwię się. Na CV rekruter poświęci kilkanaście sekund. Na list motywacyjny - kilka minut. Sam fakt pojawienia się listu jest już wyróżnikiem. A sami aplikują na piętnaście różnych stanowisk i wrzucają w doświadczenie wszystkie zajęcia, od portiera do asystentki dyrektora. Stają się szumem. Ich CV lądują na stercie "skontaktujemy się z nimi jak wszystko inne zawiedzie".

Jakość, nie ilość. Jakość, czyli dopasowanie swojej kandydatury do potrzeb pracodawcy. Ograniczenie prezentowanych informacji do tych, które faktycznie go zainteresują. Informacje syntetyczne - do rozwinięcia na rozmowie kwalifikacyjnej. Obserwacje, zdobywanie informacji. List motywacyjny. Indywidualne podejście do każdego ogłoszenia. Niedopuszczenie do marnowania czasu. Oto sekrety mojego sukcesu.

Pozdrawiam narzekaczy i życzę szczęścia - bez niego ciężko Wam będzie osiągnąć sukces. Pamiętajcie, przetrwają najsilniejsi. Tygrysy, które potrafią pokazać swoją wartość.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.