Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Temat poszukiwania pracy, czy też podjęcia pracy jakiejkolwiek, co najmniej od 3 lat nie jest mi obcy. W 2008 roku ukończyłam filologię polską na UJ, od tego momentu nie przepracowałam nawet miesiąca w pracy, o której mogłabym powiedzieć: jestem szczęśliwa, że ją mam. Praca jak praca; praca, aby się utrzymać - najczęściej komentowałam i kryłam swój wstyd, że w niej tkwię. Pracownik call center (i to jeszcze za wstawiennictwem znajomych), praca w sklepie obuwniczym, odzieżowym - tak mniej więcej wygląda moje doświadczenie zawodowe. Po drodze próbowałam oczywiście zdobywać doświadczenie w branżach bardziej pokrewnych mojemu doświadczeniu. Współpracowałam z portalami internetowymi non-profit, podejmowałam pracę jako animator w ośrodku edukacyjno-informacyjnym. Za każdym jednak razem rażący był dla mnie nieprofesjonalizm ludzi podejmujących tego typu działania, brak zaangażowania i wiary, że przetrwają próbę, co tu dużo mówić - próbę braku pieniędzy. Idee i inicjatywy, choć szlachetne, nie miały mocnych fundamentów w postaci umowy cywilno-prawnej i szansy na wynagrodzenie za wykonaną pracę. Zapał studentów i innych wolontariuszy szybko wygasał i kończyło się na słowach bez pokrycia.

Zaczęłam zastanawiać się - klasyczny syndrom bezrobotnego (bo tak wewnętrznie cały czas się czuję) - że to określone cechy mojego charakteru (brak cierpliwości, szybkie zniechęcania się do wszelkiej aktywności, dyletanctwo w branżach niehumanistycznych, mała kreatywność) sprawiły, iż czuję się tak bezradna w moim życiu zawodowym.

Przeglądanie ofert wprawia mnie w apatię, zaczynam analizować różne wyjścia z tego impasu i nic z tego nie wynika.

Próby przekwalifikowania się zawsze rodzą we mnie uczucia wewnętrznego sprzeciwu, że to nie tędy droga, że nawet pozyskane pieniądze nie będą cieszyć.

Od 2010 roku kontynuuję kolejną specjalność na uniwersytecie, również humanistyczną (krytyka literacka), równocześnie pracując w butiku z odzieżą ekskluzywną.

Codzienny dysonans poznawczy, który wynika z obcowania w tych dwóch przestrzeniach, momentami jest nie do zniesienia.

Racjonalizacja mojej życiowej sytuacji, a także świadomość groteski, którą dostrzegam na każdym kroku - tylko to daje siłę, aby codziennie wstawać z łóżka i udawać osobę niezmiernie pogodną i pełną nadziei, na...

Nie potrafię już opisać pracy moich marzeń, bo czułabym, że tworzę jakąś kompletną utopię. Chciałabym jedynie móc szanować siebie jako człowieka, który przeżył swoje życie uczciwie, a jego praca miała sens i przyczyniała się do tworzenia konkretnej wartości, abym nie musiała się już wstydzić.

Z pozdrowieniami dla wszystkich poszukujących.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.