Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Z zainteresowaniem przeczytałem artykuły odnośnie sytuacji młodych na rynku pracy. Niestety dotyczy to również mnie, więc podzielę się przemyśleniami.

Nie wrzucałbym do "jednego worka" uczelni niepublicznych i publicznych. Sam ukończyłem publiczną uczelnię (historia na uniwersytecie). Mam również zawód dzięki tej uczelni. W przeciwieństwie do prywatnych szkół marketingu, politologii itp.

Co do mojej sytuacji "zawodowej" to od kwietnia zeszłego roku szukam pracy w zawodzie nauczyciela. Rozmowy z dyrektorami placówek prowadziłem zanim uzyskałem tytuł magistra. CV roznosiłem po prawie wszystkich placówkach w mieście. Bezskutecznie. W jednej ze szkół pracuje już 5 rok pani będąca na emeryturze (nie ma to jak pobierać emeryturę i pensję), a w drugiej pani katechetka po rocznym weekendowym studium Historii. Oczywiście "uczy" zgodnie ze swoją wiarą. (przy okazji uczy Wychowania Seksualnego).

Ja nie mam takiej możliwości mimo 5 lat studiów, wiedzy i doświadczenia na praktykach. Powyższe przykłady nie są zgodne z przepisami, ale obydwie nauczycielki mają dość silne "plecy'. Podobnie jak pani pracująca na 4 pełne etaty. Wszyscy uważają, że to normalna sytuacja.

Trójmiasto jest bogate w muzea i inne instytucje historyczno-edukacyjne. Ale nie ma tam czego szukać, o ile nie jest się czyimś krewnym albo znajomym. Tak samo w bibliotekach gdzie nie chcą mnie, bo nie mam skończonego bibliotekoznawstwa. Faktycznie po studiach historycznych nie nadaje się na bibliotekarza. Moim największym upadkiem w dziedzinie szukania pracy było odrzucenie mojej aplikacji na stanowisko dozorcy w szkole. Pani dzwoniła do mnie twierdząc że robię sobie żarty, i że to jest praca tylko dla emerytów.

Można pomyśleć "Urząd Pracy mi pomoże". Jasne! Panie od razu mi powiedziały, że nic dla mnie nie ma i nie będzie bo mam za wysokie kwalifikacje. Ani staż w urzędzie lub kurs spawacza. Jeżdżę co 2 miesiące i podpisuje gotowość do podjęcia pracy.

Od września po wysłaniu ponad 200 CV miałem 2 rozmowy kwalifikacyjne. Jedna w wydawnictwie, a druga w gimnazjum na trzymiesięczne zastępstwo na pół etatu. Oczywiste było, że nie przyjmą mnie ze względu na brak doświadczenia. I koło się zamyka.

O swoim stanie psychicznym i emocjonalnym nie warto się rozpisywać, szczególnie, gdy się ciągle słyszy od znajomych podobne opowieści. I tak siedzę sobie w domu wstydząc się, że nie mam stałej pracy (chwała za korepetycje!) wiedząc, że wystarczy mieć znajomości i jest praca. Od czasu do czasu wyślę się jakieś CV i czekam aż zadzwoni ktoś.

Rząd, politycy debatują nad totalnymi bzdurami mając młodych wykształconych gdzieś. Tylko, że my przygotowujemy dla nich niespodziankę. Otóż niech nie liczą na to, że będziemy mieć co najmniej 2 dzieci. Jak uda się mieć chociaż jedno dziecko to będzie cud, szczególnie w naszej sytuacji zawodowej. A to oznacza katastrofę demograficzną w Polsce. Ale ich to nic nie obchodzi, że ponad pół miliona osób nie ma pracy. Naprawdę płakać się chce, trzeba było zostać murarzem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.