Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czas sesji jest dla nas, wykładowców, często równie stresujący i ciężki jak dla studentów. Dla mnie jest również frustrujący. Uczę etyki, często w ramach tak zwanych zajęć "usługowych", czyli zajęć odbywanych na innych kierunkach niż moja macierzysta filozofia. Czasem są to zajęcia dla mnie inspirujące; mam nadzieję, że takimi okazują się również dla moich studentów. Jest tak szczególnie na małych kierunkach, gdzie są niewielkie grupy studentów, a zajęcia mają formę konwersatoryjną.

Studenci bez skrępowania mogą wyrażać swoje zdanie, formułować argumenty i racje, spierać się i dyskutować. Wypracowany w ramach nauk filozoficznych rygor dyscyplinuje ich własne myślenie, a pojęciowe rozróżnienia pozwalają spojrzeć na daną sprawę z różnych perspektyw. Wszystko jest w porządku: robimy coś pożytecznego i wartościowego.

Inaczej jednak rzecz się ma, gdy ja, a także moi koledzy i koleżanki trafiamy na wielkie wydziały i wielkie kierunki. W szaleństwie oszczędności i poszukiwania efektywności tną one koszty, łączą wielkie grupy studentów w jeszcze większe, likwidują zajęcia konwersatoryjne zostawiając jedynie wykłady. Pewne przedmioty muszą pozostać, tak przecież stanowią funkcjonujące jeszcze ministerialne standardy kształcenia, ale już nikt nie zastanawia się nad ich rolą. Traktowane są jako zło konieczne.

Filozofia, logika, etyka muszą być, ale że nikt nie wie po co, więc wygospodarowuje się dla nich minimalną ilość godzin. Mamy więc zajęcia z filozofii, logiki, etyki w wymiarze 30. godzin, może 45. Nie jest to może mało, ale jeśli sobie uświadomimy, że są one z reguły w formie wykładów dla 400 osób, łatwo dojrzeć fikcję takiego systemu.

Proszę sobie wyobrazić, że trafiają Państwo na wykład z etyki na kierunku pedagogika. Piszę o pedagogice, bo tam też trafiam. Co rok. Przychodzicie i zasiadacie na sali wykładowej. Kierunek pedagogika ma wiele specjalności, więc wraz z wami siedzi ponad czterysta osób. Jesteście studentami magisterskich uzupełniających, zdobyliście zatem już wykształcenie na poziomie akademickim, więc treści z jakimi się zapoznajecie nie są zbyt proste i oczywiste. W końcu jest to Uniwersytet, nie liceum. Etyka jest dziedziną praktyczną, ma więc nie tylko przekazywać pewną wiedzę, ale wykształcać pewne umiejętności i postawy. Ma uczyć krytycznego myślenia, budzić moralną wrażliwość, pokazywać, jakie racje stoją za takim czy innym stanowiskiem. Nie czarujmy się jednak, na wykładzie nie da się tego zrobić. Nawet najlepszy wykładowca, zainteresowawszy przedmiotem swoich studentów, nie zrobi tego, co da się jedynie zrobić na zajęciach, które kładą nacisk na aktywność studenta. Takich zajęć nie ma.

To jednak nie wszystko. Dopiero dobiliśmy do brzegu tej fikcyjnej krainy edukacji. W pościgu za studentem państwowe uczelnie nie różnią się już praktycznie niczym od uczelni prywatnych. Przyjmujemy wszystkich. Być może ten i ów nie trafi na swój wymarzony kierunek, bo jest oblegany, ale nie powinien się martwić. Znajdziemy dla niego miejsce gdzie indziej, na innym kierunku, na innej specjalizacji.

Trafiają do nas studenci, którzy nie powinni studiować. Nie dlatego, że nie mają ku temu odpowiednich predyspozycji, ale dlatego, że nie potrafią się uczyć, nie mówiąc już o studiowaniu.

Reforma szkolnictwa przeorała polskie szkolnictwo, ale niewiele tam zasiała. Po szkołach średnich, z maturami, trafiają do nas ludzie, którzy nie potrafią czytać, nie potrafią pisać, nie potrafią samodzielnie myśleć, nie potrafią mówić poprawnie po polsku. Nie jest to, oczywiście, normą.

Mamy świetnych studentów, ale też całe morze marnych. Czasem próbujemy to nadrobić, jeśli tylko mamy taką możliwość. Jest to trudne. Ze szkoły nasi studenci wynoszą bowiem nie tylko brak umiejętności, ale przede wszystkim złe nawyki. Jedną z głównych wad szkolnictwa w Polsce jest chroniczna niezdolność do budzenia ciekawości świata u swoich wychowanków. Przychodzą więc zblazowani i obojętni na wszystko (poza zaliczeniami). Przesadzam? Pewnie trochę przesadzam. Są bowiem studenci silnie do nauki motywowani. Z reguły jednak wizją przyszłej świetlanej kariery.

Często jednak tego, co szkoła zaniedbała nie da się naprawić. Z wykładów niewiele pozostaje w głowach. Wiem to, bo przecież są egzaminy. Często w formie pisemnej, bo kiedy przepytać porządnie taką masę studentów? Nie robimy więc ustnych egzaminów. Robimy pisemne egzaminy. Nie da się inaczej, ale też, bądźmy szczerzy, nie jesteśmy do tego motywowani. W żaden sposób. Nie jesteśmy do tego motywowani finansowo. Nie dostajemy przecież ani grosza za przeprowadzony egzamin. Egzamin ponadto jest dla nas często katorgą. Na egzaminie nie dochodzi do spotkania z Innym, dochodzi do spotkania z Obcym.

Nic dziwnego, że próbujemy ten kontakt zminimalizować. Wystarczy, że czytamy prace naszych studentów. Ich lektura sprawia często fizyczny ból, a z reguły budzi frustrację. Widać jak na dłoni, że niewielu niewiele zrozumiało.

Z czasem zaczynamy się poruszać dość pewnie po tej fikcyjnej krainie. Przygotowujemy proste egzaminy, żeby przepchnąć jakoś na następny semestr naszych studentów. Zrobienie porządnego egzaminu, nawet w formie pisemnej, oznaczałoby, że nie zda z 90 proc. studentów, a tak nie zdaje 30-50 proc. Mamy mniej pracy, nie mamy problemu z sugestiami dziekanatu, żeby tak nie oblewać. Robimy poprawkę. Nie da się zrobić prostszej, więc dajemy te same pytania, tylko w innej formie lub kolejności. Nie zawsze to działa, więc znów jakaś część nie zdaje. Dajemy im jeszcze jedną szansę i większość z nas radośnie i z wielką ulgą rozpoczyna kolejny semestr.

Pewnie już ktoś to powiedział: studenci udają, że się uczą, a my udajemy, że ich uczymy. Żebyśmy się źle nie zrozumieli. Nie chcę powiedzieć, że tak jest wszędzie: na wszystkich kierunkach, na wszystkich wydziałach, na wszystkich uniwersytetach, nie wspominając już o politechnikach, uczelniach medycznych, itd. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że często tak się właśnie dzieje. Nie chcę też winić studentów. W dużej mierze nie jest ich winą, że nikt ich nie przygotował do tego, żeby studiować.

Nie chcę też powiedzieć, że my, nauczyciele akademiccy, jesteśmy bez winy. Prowadzimy często beznadziejnie nudne zajęcia, często na żenująco niskim poziomie merytorycznym. Chcę tylko powiedzieć, że funkcjonujemy w fikcyjnym świecie i nie jest to kraina czarów. To środowisko deprawuje naszych studentów i deprawuje nas. Tracimy zapał do nauczania, skoro nie daje nam to żadnej satysfakcji. Studenci się nie uczą, skoro nam im się nie chce ich uczyć.

Żeby rozwiązać ten problem nie trzeba wdrażać złożonych planów naprawczych, pisanych za pieniądze ministerstwa. Trzeba uświadomić sobie prostą rzecz: że Uniwersytet to nie fabryka - masowo można produkować jedynie dobre śrubki, bo już masowo produkowane buty od razu się rozlecą.

Żeby jednak dobrze uczyć, trzeba mieć ku temu odpowiednie możliwości. Nie kilkuset studentów na głowie w semestrze, nie rozdęte do granic możliwości pensa dydaktyczne. Powiedzmy też, że bez porządnej edukacji na poziomie podstawowym i średnim nie będzie dobrej edukacji akademickiej. Tak, będzie to wymagało zwiększenia nakładów finansowych i to znacznych.

Jeśli nas na to nie stać, to przynajmniej przestańmy udawać, że zajmujemy się kształceniem. Rzecz wygląda tak, powtórzę i rozwinę nieco, państwo udaje, że łoży na szkolnictwo, my udajemy, że uczymy, a uczniowie i studenci udają, że się uczą. Jak każda fikcja i ta może mieć pozytywne skutki uboczne, ta też ma. Nie jest przecież tragicznie.

Nie narzekałem na niskie zarobki, bo choć nie pozwalają mi odczuć prestiżu rzekomo związanego z moim zawodem, to jednak nie przymieram głodem. Nie pisałem nic o polskiej nauce, bo to inna kwestia niż edukacja. Czuję się tylko, jak co semestr, sfrustrowany.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.