Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Do prof. J. T. Grossa - autora "Sąsiadów", "Strachu" i - ostatnio - współautora "Złotych żniw"). Janku, czy Ty naprawdę tak czujesz i myślisz? Czy my, i Ty, Polacy jesteśmy antysemitami? Czy wszyscy? Czy może tylko ci katoliccy? Czy... "z mlekiem matek"? Czy "polskie obozy zagłady"? Czy i jak odpowiedzialni jesteśmy za Holocaust? Czy, czy, czy...

Te pytania, powtarzane od lat po wielokroć, uparcie i w najróżniejszych kontekstach o czymś chyba świadczą. I to bez względu na to, jak są - czy nie są - uzasadnione. Jak są - czy raczej nie są - prawidłowo sformułowane i stawiane.

Świadczą o głębokiej ranie w naszej, zbiorowej i indywidualnej podświadomości. Świadczą, że gdzieś tam, głęboko tkwi ona niezabliźniona i jątrzy, jątrzy.

Nie tylko w Polsce

A przecież dobrze wiemy, że zjawisko antysemityzmu jest fenomenem znacznie szerszym, niż najszersze nawet historycznie terytorium Polski. Jest znacznie głębszym, niż kościelne od pokoleń powtarzane brednie o "zabójcach Boga" i "krwawych żydowskich rytuałach". Jest znacznie starszym, niż carsko-ochranne "Protokoły Mędrców Syjonu" i późniejsza historia hitlerowskiej Zagłady, we wszystkich jej trzech fazach. A więc... nie jest zjawiskiem "polskim".

Pomimo jego uniwersalności jest jednak coś wyjątkowego w odbieraniu tego tematu przez Polaków.

Wyjątkowymi elementami tak silnie odciskającymi się na naszej świadomości jest to, że Zagłada swe epicentrum miała właśnie na terenie okupowanej Polski. Że podczas wojny, i to już w pierwszej jej fazie, to polskie elity kulturowe zostały prawie doszczętnie wytrzebione przez obu okupantów, pozostawiając za sobą kulturową pustkę wypełnioną milionami mniej "wyrafinowanych" osobników i kołtunerii.

Że - również i "dzięki" wytrwałej propagandzie komunistycznej czasów PRL-u - nie dane nam było poznać i tych naprawdę ciemniejszych plam na narodowym honorze, czyli w miarę otwarcie mówić o tym, o czym mówiły społeczeństwa innych krajów i narodów.

Że - wreszcie - stopień "katolickości" społeczeństwa, jego wiernopoddańczości w stosunku do Kościoła katolickiego był znacznie wyższy, niż gdzie indziej w Europie Centralnej i Wschodniej. To wszystko, wymieszane z odwieczną narodową dumą (a może wręcz pychą?) i podskórnym poczuciem winy (a jednak!) - czyni z naszego społeczeństwa tłum nadwrażliwców, wszędzie wokół węszący napaść i wrogów.

My, Polacy, antysemitami? My, Polacy, współodpowiedzialni za Zagładę Żydów?...

Jeśli ktokolwiek tak właśnie formułował by swe wnioski, oskarżając nas, Polaków o te bezeceństwa - oczywiście nie sposób byłoby się z nim zgodzić. Bo to przecież nie "Polacy" byli tymi antysemitami, mordercami czy szmalcownikami. Że nie dorośli jeszcze do tego wieku, gdy widzi i czuje się innych, gdy współczucie, litość, czyli empatia dochodzą do głosu?...

To nie "polskość" była wyznacznikiem ich podłej kondycji i odrażających moralnie czynów. Oni tak postępowali, takie wybory czynili nie dlatego, że ich językiem był polski i że porodzili się na Mazowszu czy Podlasiu, ale że byli ludźmi małymi, podłymi, chciwymi. A tacy zdarzali się w każdej nacji, z różną - oczywiście - jednak częstotliwością.

Po to, by zidentyfikować rzeczywiście winnych - kim byli, trzeba postarać się poznać ich motywy. Trzeba zrozumieć powody braku zahamowań - a dopiero później można starać się te zjawiska uogólniać.

Zanim najnowsza Wasza książka (polskie jej tłumaczenie) trafiła do księgarni, już rozpoczął się spór. Głos zabrało wielu - głównie krytykując (na ogół nie przeczytaną jeszcze) książkę i atakując jej autorów. Ale zdarzają się i opinie bardziej obiektywne, nie napastliwe. Napisane przez ludzi, starających się zrozumieć, zanim oskarżą autorów. Jedną z nich, która zwróciła moją uwagę jest opublikowana w "GW" recenzja Marcina Zaremby.

W recenzji tej stawia on m.in. pytanie:

"...czy Grossowie wystarczająco przedstawili głównych bohaterów - chłopów - i ich motywy? Czy ukazali kontekst kulturowy i społeczny sceny na zdjęciu? Autorzy budują swój esej "gęstymi" przykładami, przytaczają jedna po drugiej relacje z wstrząsających grabieży i morderstw. Wszystkie są udokumentowane. Ich genezę upatrują w chciwości, ale głównie w polskim antysemityzmie, który nie pozwalał dostrzec w prześladowanych Żydach ludzi, czynił ich tymczasowymi właścicielami tak pożądanych dóbr: ubrań, butów, sprzętów, nieruchomości...".

Odczłowieczanie

I w Jedwabnem i pod Treblinką z rąk polskiego chłopstwa ginęli Żydzi. Jednak, nawet opierając się na niektórych tylko źródłach i relacjach, widać zasadniczą różnicę. W casus Jedwabne dominowała nienawiść, chęć zemsty. Okrucieństwo, chciwość i pazerność też były, ale jako motywy drugorzędne. Pod Treblinką, Bełżcem i Sobiborem natomiast chłopskimi mordercami kierowała żądza chciwości, nieposkromiona pazerność. Nie hamowało ich czynów współczucie dla ofiar - bo takiego uczucia oni nie znali. Nie hamowało późniejszego rozkopywania mogił uczucie przyzwoitości - bo i ono było im obce. Ale... i jednego i drugiego nie czynili jednak z nienawiści.

Jednym z najważniejszych, a może wręcz zasadniczym wyróżnikiem, symptomem tego, co określamy mianem "człowieczeństwa" jest fenomen empatii. Stawiam tezę - niesprzeczną z tym, co piszesz - że ci opisywani przez niego "żniwiarze" tej właśnie cechy byli pozbawieni. Różnica między moim zrozumieniem zjawiska, a tym lansowanym przez Ciebie polega więc nie na uwypukleniu braku empatii wśród ludności okolic Treblinki, Bełżca czy Sobiboru jako elementu zasadniczego w ich motywacjach polowania na Żydów czy rozkopywania miejsc pochówku ofiar zbrodni. W tym jesteśmy zgodni. Różnica, i to dosyć zasadnicza, tkwi w zrozumieniu i identyfikacji źródeł tego braku.

Ty uważasz, że długotrwałe, wielopokoleniowe pranie mózgów ludności zamieszkującej te okolice; żydowsko-żercze niedzielne kazania księży proboszczów, propaganda zaborcy, stworzyły przyjazny klimat do "odczłowieczenia" Żyda. A stąd już tylko krok do zniesienia hamulców empatii u potencjalnych zbrodniarzy.

Ja ten Twój pogląd podzielam, ale nie w stosunku do polskich - i nie tylko polskich, bo i francuskich, białoruskich, ukraińskich itp... - "żniwiarzy" i szmalcowników. Im do tego, by Żyda szantażować, ograbić, zabić, a jego mogiłę rozkopać i zbeszcześcić nie potrzeba było "odczłowieczenia" ofiary. Nie potrzebna była cała ideologia antysemicka.

Bo samo zjawisko "odczłowieczania" ma swój ponury sens tam, gdzie trzeba ofiarę oddzielić barierą gatunku biologicznego od mordercy. Miało więc ono swój sens w mieszczańskich środowiskach Europy Środkowej i Zachodniej. Tam plakaty na murach miast, pokazujące Żyda jako insekta, pluskwę, przemawiały do wyobraźni. Odczłowieczały przyszłą ofiarę, budowały barierę "gatunkową". Tam kościelna, wielopokoleniowa propaganda siana z ambon budowała chęć zemsty na "zabójcach Boga", a połączona z efektem "odczłowieczenia" przyzwalała na prześladowania, terror, eksterminację. Przyzwoliła również i mordercom z Jedwabnego.

Empatia, w swoim pierwszym poziomie, ma zastosowanie do istot tego samego gatunku. Postęp ludzkiej cywilizacji, człowieczeństwa śledzić można bardzo wyraźnie na rozrastaniu się zakresu istot, objętych uczuciem empatii. Zwierzęta, jak by nie śliczne i rozczulające dla nas były, empatii nie posiadają ani za grosz. Kochany piesek zabija kochanego kotka; wzruszająco mruczący i łaszący się kotek torturuje na śmierć złapaną myszkę itd.

Człowiek "z buszu" dba i jest w stanie poświęcić wiele - z własnym życiem włącznie - dla ratowania swych dzieci, a czasami nawet sąsiadów z tej samej wioski. Ale ucięcie głowy i zjedzenie ciepłego jeszcze mózgu takiego samego jak on osobnika z wioski za rzeką, dzieje się już bez jakichkolwiek oporów.

Europejczyk wieków średnich (a więc nie znowu z aż tak bardzo zamierzchłej przeszłości) poświęcał wiele dla swej rodziny i najbliższych , ale - w braku telewizji i internetu - zaspokajał potrzebę rozrywki współuczestnicząc w publicznych widowiskach tortur (to samo działo się na egzotycznie pięknych nigeryjskich plażach - złoty piasek, palmy kokosowe, lazur oceanu i nieba - w drugiej połowie XX wieku, gdzie publicznie rozstrzeliwano przywiązanych do beczek po ropie naftowej skazańców - kryminalistów, a tłum miejscowych plażowiczów obżerał się w tym czasie słodkimi bananami, opijał colą i 7-up i cieszył oczy widokiem męki tych przywiązanych do beczek). Przykłady można by mnożyć...

Empatia

Polski (ale także i ruski, białoruski, ukraiński, francuski.... ) chłop empatii miał w sobie niewiele. Starczało jej - czasami - dla własnych dzieci, ale już nie dla starych rodziców, których zamyka się w chlewie. Zakatowanie na śmierć krnąbrnego konia, nieposłusznego psa, a nawet nadmiernie wrzeszczącego niemowlaka - to fakty częste i znane.

Chłop uronił łezkę na wspomnienie "męki pańskiej", ale tej łezki już zabrakło, gdy wyłupywało się oczy chłopakowi z sąsiedniej wioski, co to na zabawie w remizie strażackiej ośmielił się zatańczyć z miejscową dziewuchą (fakt, znany mi z jednej z górnośląskich wsi w latach 50. XX wieku!).

To "odczłowieczenie", a właściwie "niedoczłowieczenie" chłopa było faktem. Jego potencjał empatii nie obejmował nie tylko uciekających spod noża oprawcy i kryjących się po lasach, ziemiankach, stodołach Żydów. On nie obejmował - sto lat wcześniej - żołnierzy przegranego Powstania Styczniowego. On również nie obejmował (a szło to w dwóch kierunkach) chłopstwa ukraińskiego na Kresach, czy autochtonów poniemieckich na Ziemiach Odzyskanych w latach 40. XX wieku.

Dlatego trudno byłoby mi zgodzić się z pewnymi Twymi konkluzjami. Tymi, które przypisują nadmierne, bo decydujące znaczenie "ludowemu" antysemityzmowi w motywacjach opisywanych zjawisk rabunku i zbrodni. Ten antysemityzm był faktem i trudno byłoby temu zaprzeczyć. Ale to nie on był elementem "przyzwalającym" na wyłapywanie i mordowanie Żydów uciekających z transportów do Treblinki. Tym, co leżało u podłoża "złotych żniw" był, trudny do zrozumienia i ogarnięcia, prymitywizm miejscowego chłopstwa. Które uczuć zachłanności i chciwości nie było w stanie pohamować empatią dla ofiar, ani uczuciem niesmaku i wstydu w rozkopywaniu miejsc kaźni i plądrowaniu zwłok.

Niewiele więc ma to wspólnego z Polską, polskością, a nawet z odrażającym zjawiskiem antysemityzmu. Występuje to pod wszystkimi długościami i szerokościami geograficznymi.

Społeczeństwa krajów - głównie, ale nie tylko - rozwiniętych są zasadniczo rozwarstwione, jeśli o poziom "człowieczeństwa" chodzi. Te warstwy mówią podobnymi językami, ubierają się podobnie, nawet lubią jeść te same potrawy - ale na tym ich podobieństwa się kończą.

A problem odpowiedzialności Kościoła katolickiego za te makabry? Czy zawsze i czy wszędzie? Tu chyba jesteśmy zgodni.

Ja stawiam tezę, że jednak tak. Zawsze i wszędzie. I tam - jak w Jedwabnem (a takich Jedwabnych było wiele), gdzie wiodącym motywem zbrodni była nienawiść do żydowskich sąsiadów, antysemityzm posiany i uprawiany przez Kościół przez pokolenia. I tam pod Treblinką i Sobiborem, gdzie Kościół nie uczynił nic - a przecież mógł - by powstrzymać niedorozwinięte moralnie, o "zarodkowej" zaledwie empatii, ale przecież "bogobojne" chłopstwo od mordu i grabieży.

Nie wspomnę już nawet o milczeniu kościelnych hierarchów i ich zadziwiającej bierności w stosunkach z Niemcami w obliczu niewyobrażalnej zbrodni Holokastu.

Otrutka

Twoje książki, Janku, traktuję jako zimny prysznic i bolesną odtrutkę na naszą, nie zawsze i nie do końca uzasadnioną, dumę, a raczej pychę narodową. Latami propaganda prała nam mózgi i wcierała nam, żeśmy z plemienia szlachetnych i niepokalanych bohaterów. Że Polska była jedynym podbitym przez nazistów krajem, który nie miał własnego Quislinga. Że ratowaliśmy Żydów - tu podpierano się opowieściami o Żegocie. A prawda była jednak nieco inna.

Tak, w czasie okupacji rządził nami z wawelskiego zamku niemiecki gubernator - hitlerowiec Hans Frank. Tak, grono osób skupionych w AK-owskiej Żegocie ratowało Żydów, ryzykując wszystkim, z życiem swoim i swych bliskich włącznie. Ale prawdą jest też, że już na początku okupacji znaleźli się prominentni polscy politycy (Lizbona), proponujący Hitlerowi kolaborację i utworzenie "polskiego" rządu - Hitler jednak tę propozycję odrzucił, uwalniając nas od judaszowego piętna "quislingowszczyzny".

Prawdą też niestety jest, że tzw. "szmalcowników" było nieporównywalnie więcej, niż bohaterów Żegoty.

Wreszcie jest też prawdą, choć często przez jej zwolenników mocno zniekształconą, że księża katoliccy i zakonnice ukrywali i ratowali Żydów. "Zniekształcenie" jednak polega na tym, że to właśnie "księża i zakonnice", z własnej woli i na własne ogromne (kara śmierci) ryzyko czynili; a nie organizacja czy hierarchiczne instytucje Kościoła. Tak, jak w parę lat później, to nie Kościół nawoływał Polaków - katolików do opamiętania i tolerancji, to nie Kościół potępił krwawy i haniebny pogrom w Kielcach.

To tylko jeden (i jedyny) Kubina, biskup częstochowski miał sumienie i odwagę, by to uczynić. I za to dostał tzw "o-pe-er" od Episkopatu Polski. Nawet przyszłego "prymasa tysiąclecia", czyli lubelskiego biskupa Wyszyńskiego chrześcijańskie sumienie wtedy jakoś nie ruszyło, a nawet wręcz przeciwnie. Bo i on, i jego kielecki kolega Kaczmarek (też zresztą biskup), obarczali właśnie Żydów, czyli ofiary, odpowiedzialnością za zbrodnię (oskarżenie o mordy rytualne na chrześcijańskich dzieciach - Wyszyński odmówił ich dementi).

Odtrutka bywa gorzka, i takie też są kolejne książki JTG.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.