Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Pod wpływem książek Hrabala i ostatniej książki Pana Mariusza Szczygła "Gotland" prawie zakochałem się w czeskiej mentalności, postanowiłem więc zimowy urlop spędzić częściowo w Pradze, żeby poczuć na własnej skórze cudowność tej kultury, mentalności i kuchni.

Mój tygodniowy urlop podzieliłem równo między Pragę i Budapeszt. Najpierw zawitałem do stolicy Czech. Praga to piękne miasto, ale ma swoje duże minusy, które kompletnie odmieniły mój stosunek do południowych sąsiadów. CHODZI MI O OSZUKIWANIE TURYSTÓW NA KAŻDYM KROKU!

W Polsce zarezerwowałem przez internet 2 pokoje (podróżowaliśmy w 4 osoby) w pensjonacie niedaleko praskiej starówki. Na miejscu okazało się, że nic nie zgadzało się z publikowaną ofertą - ani cena, ani warunki, ani zdjęcia, po prostu kompletnie inne miejsce, niż to reklamowane w internecie. Nigdy mi się podobna sytuacja nie przytrafiła. Nie chciało nam się szukać innego miejsca, więc zostaliśmy (wpłacona była zaliczka, której po dobroci byśmy nie odzyskali).

O zwiedzaniu nie będę się rozpisywał (ceny biletów do niektórych muzeów chyba wyższe niż w Nowym Jorku!), ale chciałbym opisać dziwne zwyczaje praskich restauratorów.

Pierwszego dnia postanowiliśmy zjeść obiad w restauracji niedaleko pensjonatu, w którym mieszkaliśmy. Po wejściu i zajęciu stolika kelner od razu podał nam koszyk z pieczywem. Trochę się zdziwiliśmy, ponieważ nic jeszcze nie zamówiliśmy, a to było zwyczajne suche pieczywo, którego w formie "czekadełka" nikt nie miał ochoty jeść. Zamówiliśmy główne dania, desery, przyszła pora płacenia rachunku. Na rachunku, którego płatność chcieliśmy podzielić między siebie, była jedna niezidentyfikowana pozycja. Poprosiliśmy kelnera o wyjaśnienie, okazało się, że to należność za chleb, którego nikt nie chciał, nie zamawiał ani nie jadł! A koszt tego suchego chleba opiewał na cenę równą zakąsce lub 3/4 ceny głównego dania! Kiedy chcieliśmy wyjaśnić, że nikt z nas nie prosił o ten chleb kelner powiedział tylko "I don't understand" i poszedł. Rachunek zapłaciliśmy, napiwku nie daliśmy.

Drugiego dnia postanowiliśmy iść do restauracji na starówce, bardziej ekskluzywnej. Po wejściu i zamówieniu głównych dań kelner przyniósł nam chleb i dwie małe kostki masła. Czerwona lampka nam się zapaliła, ale że kolega zamówił świńskie kolano myśleliśmy, że to porcja dla niego. Oczywiście kolano podano z ziemniakami, do innych potraw ten chleb też nie pasował, za to przy rachunku koszt chleba i masła równał się kosztowi jednego dania głównego! Po prostu Bareja i słynny obowiązkowy zestaw "kawa + wuzetka"! Oczywiście kelner znowu nie wiedział o co nam chodzi, więc ponownie nie zostawiliśmy napiwku.

Na trzeci dzień byliśmy już tym trochę poddenerwowani, ale że nikt nie miał ochoty gotować poszliśmy do kolejnej restauracji. Chleba nie dostaliśmy, więc byliśmy zadowoleni, jednak przy płaceniu rachunku znowu nie mogliśmy zidentyfikować jednej pozycji. Kelner nam wyjaśnił, że jest to opłata za obsługę w wysokości... 30 proc. WARTOŚCI RACHUNKU! Koszmar po prostu, zjedliśmy 4 duże obiady, wypiliśmy sporo alkoholu i rachunek był naprawdę wysoki, a tu jeszcze 30 proc. napiwku, którego wysokość równała się mojej 8 godzinnej dniówce! W żadnym widocznym miejscu słowa na ten temat nie widzieliśmy!

Czwartego dnia nie chcieliśmy już ryzykować pobytu w restauracji, postanowiliśmy zjeść w barze, w którym pracowała dziewczyna poznana przez naszego kolegę, a pochodząca z terenów graniczących z Polską (myśleliśmy, że to da nam jakąś gwarancję...normalności).

Już nie chcę nawet wspominać o tym, że alkohol, który piliśmy w Pradze był wszędzie o połowę słabszy niż w Polsce (i to nie tylko piwo, ale i mocniejsze alkohole) tak, że wszyscy biorący udział w podróży bili alkoholowe rekordy życia (były czasy, kiedy "chrzczenie" alkoholu było karane śmiercią).

Zjedliśmy kolację, dostaliśmy rachunek, a tu kolejna niezidentyfikowana pozycja! Wołamy kelnerkę, a ona mówi, że to jest opłata za koncert! Wszyscy zrobili sowie oczy, bo okazało się, że w rogu baru siedział jakiś pan i brzdąkał sobie na gitarze. Nikt go nie słyszał, bo bar był pełen ludzi i trzeba było krzyczeć, a tu jeszcze karzą za to płacić! Oszustwo pierwsza klasa, czuliśmy się już nie jak w "Misiu" Bareji, ale jak w "Cyrku Monty Pythona"! Mieliśmy dość, postanowiliśmy z samego rana ruszać do Budapesztu.

Ostatniego dnia rano chcieliśmy zjeść śniadanie, ale że baliśmy się już restauracji i barów, więc postanowiliśmy skorzystać z poczciwego, sprawdzonego lokalu typu fast-food. Zamówiliśmy śniadanie (po raz pierwszy w życiu obsługa w lokalu tej sieci była dla mnie niemiła, bo za długo się zastanawiałem - po prostu nie znam czeskiego), jeszcze tylko wizyta w toalecie i w drogę! A tu kolejna niespodzianka - wstęp tylko za okazaniem paragonu! W przeciwnym wypadku toaleta płatna! Oczywiście żadnego paragonu przy kasie nam nie dano, chciałem go jakoś odzyskać, ale Pan Sprzedawca jeszcze chwilę temu rozumiejący po angielsku stracił swoją moc władania tym językiem. Okazało się, że bardziej opłaca nam się kupić coś dodatkowego na drogę i zażądać paragonu niż płacić za toaletę.

Na zakończenie chciałbym napisać, że nigdzie w Europie nie spotkałem się z czymś takim, nagromadzenie oszustw i bylejakości było nie do uwierzenia! Chciałem to napisać, ponieważ nikt nie podejmuje tego tematu. Źle mi się na żołądku robi czytając co i rusz peany na cześć kultury, mentalności i nieziemskiej, niedoścignionej (szczególnie przez prostych, badziewnych Polaków) cudowności naszych południowych sąsiadów. Chyba warto wstać z kolan, odrzucić kompleksy i zacząć doceniać nasz zwyczajny, taki sam jak inne, ani lepszy ani gorszy grajdołek.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.