Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Do niedawna samochodem egzaminacyjnym była Toyota Yaris i wszystkie kursy na prawo jazdy kategorii B odbywały się na tych właśnie samochodach. Od wczoraj, to jest od 1 marca 2011, samochodem egzaminacyjnym jest Skoda Fabia.

Oznacza to, że osoby, które uczyły się na Toyotach, muszą teraz wykupywać przed egzaminem dodatkowe godziny na Skodach. Biorąc pod uwagę, że egzamin na prawo jazdy zdają zazwyczaj ludzie młodzi, których zarobki nie są zbyt wysokie, oznacza to dla wielu z nich poważny wydatek. Poza tym konieczność wykupienia dodatkowych godzin jazdy z instruktorem wiąże się często z koniecznością zmiany planów, np. odwołania innych zajęć.

A przecież wystarczyłoby, żeby osoby, które rozpoczęły kurs przed ogłoszeniem decyzji o wprowadzeniu Fabii jako samochodów egzaminacyjnych, mogły zdawać na starych Toyotach. Byłoby to zgodne z ogólną zasadą, że "nie zmienia się reguł w trakcie gry".

Oczywiście, kierowca powinien umieć sobie radzić z różnymi samochodami. Tyle tylko, że pracownik salonu lub poprzedni właściciel mogą pokazać kupującej auto osobie, gdzie w danym modelu włącza się światła. Na egzaminie natomiast włączenie świateł jest pierwszym z zadań egzaminacyjnych. I w związku z tym osoba egzaminowana, zamiast móc przygotować się psychicznie do jazdy poprzez wykonanie rutynowych czynności, zmuszana jest do nerwowego szukania odpowiednich przełączników. A w Skodzie światła włącza się zupełnie inaczej niż w Toyocie, nie mówiąc już o tym, że w Skodzie jest tych świateł więcej.

O ile się dobrze orientuję, nikt nie zadał sobie nawet tyle trudu, żeby sfotografować deskę rozdzielczą Skody i wrzucić to zdjęcie wraz z opisem na strony WORD-ów.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.