Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Pewne środowiska niemieckie opisując wysiedlenia Niemców po wojnie, piszą najpierw o zbrodniach nazistowskich, a później o nagannym postępowaniu Polaków. A więc usiłuje się zbrodnie niemieckie zepchnąć na nazistów, ale późniejszą zemstą obciążyć cały polski naród. Nic w gruncie rzeczy innego nie robi Gross, obciążając Polaków winą za naganne postępki polskiej hołoty w stosunku do ukrywających się Żydów.

No i cóż tu mamy innego niż nieustające działanie logiki odpowiedzialności zbiorowej. Czy Niemcy mogą uciec od zbiorowego odczucia winy za zbrodnie II wojny światowej? Czy powinni? Czy my, Polacy, powinniśmy się oburzać na zarzuty Grossa?

W Polsce została wydana książka na nieporównywalnie wyższym poziomie i zdecydowanie bardziej zasługująca na naszą uwagę. Mowa o zbiorze pamiętników opracowanych przez Mariannę Weber - żonę wielkiego niemieckiego socjologa - Maksa Webera pod nazwą "Kobiety wypędzone".

Jest to zbiór wspomnień niemieckich kobiet przeżywających koszmar wypędzenia. Nie brak tam komentarza autorki odnośnie właściwych przyczyn opisywanych zdarzeń. Jednak polski czytelnik dochodzi do wniosku, że nawet straszliwe przeżycia związane z wypędzeniem nie wypleniły niemieckiej arogancji. Jakże często przebija przez te wspomnienia akcent poczucia niemieckiej wyższości w stosunku do "słowiańskiej hołoty".

Bardzo brak tam refleksji na temat robotników przymusowych, których nie bójmy się nazwać niewolnikami. Obok tego problemu niemieckie kobiety przechodzą obojętnie. I tam ludzi ocenia się powszechnie według narodowości. Jak to nazwać, jak nie kolejnym przykładem odpowiedzialności zbiorowej.

Żadna z tych kobiet nie pozwoliła sobie na komentarz typu: a jak wyglądałby los Polaków, gdyby to "nasi" zwyciężyli? Przechodzenie obojętnie obok tego pytania prowadzi czasem Niemców do poczucia krzywdy. Zagłada niemieckiego Wschodu, podobnie jak zniszczenie polskiego Wschodu, było totalną katastrofą na niewyobrażalną skalę. Rozmiar wydarzeń oszałamia.

Nasza wyobraźnia jest bezradna wobec gigantycznych liczb opisujących ówczesne zbrodnie. 700 polskich wiosek spacyfikowanych przez niemieckich okupantów, czy ponad 3 miliony sowieckich jeńców zagłodzonych na śmierć trudno przypisać pojedynczym ludziom. Liczby osób zabitych przez Niemców na terenie Związku Radzieckiego nie udaje się ustalić nawet z dokładnością do miliona.

Podobnie liczba wysiedlonych po wojnie Niemców jest określana z dokładnością do kilku milionów. Nasz umysł staje bezradnie wobec oceny takich zjawisk. To gigantyczne anulowanie na okres kilku lat wszelkich praw boskich i ludzkich musiało przynieść totalne załamanie poczucia moralności.

"Nieustannie się słyszy o włamaniach i kradzieżach, tak że wciąż sobie zadaję pytanie, co się stało z przysłowiową uczciwością Holendrów. Małe dzieci od ośmiu do jedenastu lat wybijają szyby w cudzych mieszkaniach i zabierają wszystko, co im wpadnie pod rękę. Nikt się nie waży opuścić domu choćby na pięć minut, bo wystarczy wyjść na chwilę, a wszystko powynoszą" - takie świadectwo o tamtych czasach zostawiła młoda żydowska dziewczyna ukrywająca się w Holandii (Dziennik Anny Frank).

Nie lepiej na pewno było i w Polsce. Ludzie walczący o jeszcze jeden dzień życia przestali najczęściej zważać na nieszczęście innych. Przeżyć i później stanąć na nogi. To był ideał. Może nie dla wszystkich, ale dla bardzo wielu w całej Europie. "Czy musieliśmy doświadczyć tego wszystkiego, aby Europa stała się miejscem bezpiecznym? - co można odpowiedzieć na to pytanie pewnego starego Niemca z Pomorza. I trudno nie przyznać, że w odczuciu winy za historię trudno nam dystansować się od odpowiedzialności zbiorowej.

Nie da się jednak nie zauważyć, że zarówno Gross, jak i niemieccy kontestatorzy wypędzeń z Eriką Steinbach na czele traktują bardzo wybiórczo wojenny i powojenny horror. Interesują ich tylko "własne" ofiary, bez oglądania się na resztę. Gigantyczną resztę.

Jakże łatwo zapamiętać Lidice - jedną wioskę zniszczoną w Czechach, kto pamięta o setkach zniszczonych wiosek w Polsce? Komu dziś mówi coś nazwa Grzędy? Nazwa Borów stała się znana tylko dzięki wydanej niedawno książce "Ostatni dzień Borowa" Konrada Schullera.

Na naszych oczach umierają ostatni świadkowie wojennych i powojennych wydarzeń. Nieuchronnie nadchodzi czas tworzenia mitów i nowego obrazu rzeczywistości. Gross zburzył nasz polski mit narodu niewinnych ofiar. I dobrze. Ale nie ma potrzeby budować mitu skrajnie przeciwnego.

Fakty przedstawiane przez Grossa to maleńki ułamek rzeczywistości. Jeśli turysta odwiedzający Kraków zobaczy muzeum Oskara Schindlera i nie dowie się nic o Polakach pomagających Żydom uzyska całkowicie fałszywy obraz tamtych lat.

I co na te tematy będą myśleć nasze i ich wnuki? Już raz spotkałem meksykańskiego turystę, który dopytywał się kto to właściwie byli ci naziści. Czy po latach potomni nie zapamiętają właśnie takich wybranych kawałków rzeczywistości np. o kilku szlachetnych niemieckich oficerach i kilku polskich szabrownikach czy szmalcownikach? A całe pokolenie zamordowanych polskich elit zniknie ze świadomości. Bo ktoś napisze historię na nowo. I dziś musimy podjąć odpowiedzialność zbiorową za dobrą, prawdziwą pamięć tamtych dni.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.