Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Kilka lat temu byłem świadkiem debaty prowadzonej przez polskich naukowców, a dotyczącej Afryki. Owi ludzie nauki używali słowa Murzyn, określając Afrykanów. Co więcej bronili go, kiedy obecny na sali Afrykanin, powiedział, że nie zgadza się z proponowanym przez debatujących słownictwem. W ten sposób stałem się widzem kuriozalnej sceny. Mieszkaniec Polski, który nie jest afrykańskiego pochodzenia, twierdził, że słowo Murzyn nie należy do obraźliwych. Afrykanin, który ponad 20 lat mieszka w naszym kraju, nie chciał być nazywany Murzynem. Można było odnieść wrażenie, że ten, którego najbardziej dotyczył problem, czyli Afrykanin, nie ma prawa prosić o nazywanie go inaczej niż Murzynem, nawet jeśli uważa to określenie za krzywdzące.

Czy chcemy, czy nie, w obecnym kontekście słowo Murzyn ma obraźliwe znaczenie, o czym nie tak dawno dowiedzieliśmy się z tekstu Jacka Żakowskiego, opublikowanego na łamach "Gazety". Obronę polskich palaczy Żakowski rozpoczął tymi słowami: "Kobieta jest Murzynem tego świata śpiewał kiedyś John Lennon. Od dziś w Polsce Murzynem będzie każdy palacz. Między innymi: ja."

Przez przypadek Żakowski podkreślił, że być Murzynem to nieciekawa sprawa. Murzyna każdy chce gnębić. Murzynem się pomiata. Murzynowi zakazuje.

Teraz porównajmy ten tok myślowy z postulatami Afrykanów, którzy mieszkają w Polsce i Murzynami nazywani być nie chcą. Bo Murzyn nie określa ich pochodzenia, i jak pokazuje tekst Żakowskiego, w obecnym kontekście, ma negatywne zabarwienie. Korzystanie ze słowa Murzyn, w sytuacji, gdy jest alternatywna nazwa "Afrykanin", nie ma uzasadnienia.

Owszem słowo Murzyn, w przeszłości, w literaturze, już jest i wycinać tego słowa nie musimy. Ma też swój urok, jeżeli czytamy wiersz Jana Brzechwy "Murzyn w Głownie" albo obie powieści "Wiecha". Z drugiej strony, współczesny język nie musi używać Murzyna. Tym bardziej, że to już nie jest ten sympatyczny Murzyn Jumbo opisany przez Stefana Wiecheckiego, ale ktoś tożsamy z kimś gorszym, prymitywnym, nie zasługującym na szacunek. Afrykanin, tak jak Żakowski, nie chce być Murzynem, Polak Polaczkiem, a gej pedałem.

Język polskich polityków i nas, jako polskiego społeczeństwa wciąż mocno Murzynem stoi. Nie ma już miesiąca, aby któryś z moich rodaków nie odwołał się do słownika terminów utrwalających stereotypy i nie sięgnął po "ostatnią nadzieję białych", bantustan, czy nie odezwał się na wałach jasnogórskich, gdzie od wieków ludzie oddają cześć Czarnej Madonnie, że Murzyn, którego właśnie zobaczył "nie mył się wcale".

Są też tacy, którzy mówią, że Murzyn zrobił swoje, że Murzyni są wydajniejsi, albo żałują, że modlitwa nie rozjaśnia skóry. Politycznych przeciwników wysyła się do Afryki, a niepowodzenia w rozwoju ogólnopolskiej infrastruktury, kwituje się zdaniem: "Sto lat za Murzynami."

I jeszcze słów kilka w nawiązaniu do ciekawego listu, opublikowanego w "Gazecie", w dniu 5 lutego, który zainspirował mnie do włączenie się w dyskusję na łamach "Wyborczej". Jego autorka zwróciła uwagę na słowa wypowiedziane w wywiadzie przez Mamadou Dioufa, który opowiedział Pawłowi Smoleńskiemu o swoich polskich doświadczeniach. Diouf przyznał, że przed 1989 rokiem nie stykał się z wyzywaniem go na ulicy.

Musi w tym coś być, i mogło tak się dziać z racji zamknięcia Polski na świat. Obcokrajowcy z odległych krajów reprezentowali inną niż komunistyczna rzeczywistość. Budzili zainteresowanie, i gapienie się na przybysza z Afryki nie miało w sobie znamion niechęci wobec obcego, bądź chęci jego poniżenia.

Nie pamiętam, aby w latach 80., student z innego kontynentu, na ulicach mojego rodzinnego miasta Białegostoku był bity i atakowany. Potwierdzają to ludzie, z którymi przeprowadziłem wywiady, a pamiętają lata 50. i 60., kiedy studiowali bądź przyjaźnili się z nielicznymi wtedy studentami z Afryki.

Po 1989 roku moje rodzinne miasto zaczęło być mniej przyjazne. Doświadczyłem osobiście przemocy werbalnej i fizycznej, dziejącej się w biały dzień, na ulicach tego miasta wobec moich afrykańskich przyjaciół. Okazało się, że sprawa ataków na obcokrajowców, wróciła jak bumerang w 2009 roku. Ale to już zupełnie inna historia.

Podobnie jak Mamadou jestem daleki od wszczynania antyrasistowskich krucjat. Jestem jednak za prawem Afrykanów do mówienia o ich własnych odczuciach, o tym, co ich boli i co ich cieszy, o tym, czym czują się pokrzywdzeni. Tylko w ten sposób można rozpocząć dialog. Od słuchania. Wspólnie z Mamadou miałem już okazję tworzyć przestrzeń takiego dialogu między Polakami a Afrykanami mieszkającymi w Polsce, wspólnie realizując projekty umożliwiające bezpośrednie poznanie przybyszów z kontynentu afrykańskiego. To wielokulturowe rozmawianie jest najlepszym sposobem na "Murzyna".

A tym, którym nie podoba się postulat wycofania słowa Murzyn, jako określającego mieszkańca Afryki i zastąpienie tego terminu słowem Afrykanin, odpowiadam już teraz. Tu nie chodzi o wprowadzenie dyktatury politycznej poprawności, ale o zwykłą ludzką przyzwoitość.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.