Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Piszę ten list, by sobie ulżyć, przelać na papier myśli nieuczesane, pozwolić, by przemówiło słowo uporządkowane rygorem czerni i bieli. Bo nie ma już miejsca na szarość, iluzję, złudzenie, że przecież "zawsze tak było i nie trzeba się martwić, rób swoje, olej".

Bo nie mogę już znieść tego, że tak bardzo się podzieliliśmy jako ludzie wraz z początkiem demokracji i koniunktury w naszym kraju.

Podziwiałam ją, ale robiłam swoje

Miałam kiedyś przyjaciółkę Julkę. Przyjaźniłyśmy się serdecznie, do niedawna na mojej lodówce wisiało zdjęcie ślubne jej i małżonka, jako symbol także moich marzeń. Podziwiałam ją za pracowitość, upór w dążeniu do celu, zaradność i niespoczywanie na laurach - jako dziecko bogatego przedsiębiorcy nie musiała kończyć dwóch fakultetów i studiów podyplomowych Jednak postawiła na wykształcenie i ciężką pracę, co zresztą zaowocowało szybkim osiągnięciem dobrego statusu materialnego. Młoda, odnosząca sukcesy mężatka, od niedawna także szczęśliwa matka.

Od pewnego czasu jednak czułam, że Jula na siłę stara się, bym spoważniała, ustatkowała się, dosłownie radziła mi, bym dobiła do portu. Drażniło mnie to niepomiernie. Naturę mam bowiem taką, że z zasady robię to, co sama uważam za słuszne, a im mocniejsze nakłanianie, tym silniej oponuję.

Dość powiedzieć, że odkąd zamieszkałam w Warszawie - powszechnie w kraju uważanej za miejsce rozpusty i rozpasania - Julka patrzyła na mnie coraz chłodniejszym wzrokiem.

Dotknęła mnie szyderstwem

I wtedy stał się 10 kwietnia 2010 r. - dzień sądny dla naszej polityki i społeczeństwa. W gronie znajomych spieraliśmy się o miejsce pochówku pary prezydenckiej, pocieszaliśmy, próbowaliśmy nie zwariować. Oburzałam się na cyników twierdzących, że nastąpiło zwolnienie etatów Robiłam zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu dla potomnych i trzymałam kciuki, by udało się nam jako Narodowi podźwignąć, stanąć na nogi.

Po jednym szoku nastąpił kolejny: Jarosław Kaczyński kandydatem na prezydenta. I tu przeżyłam zaskoczenie - okazało się, że Jula zamierza bronić "polskiej racji stanu przed Ruskimi", podziwia "doktora nauk prawnych" i zaprzecza faktowi, że głosowali na Jarosława głównie ludzie o niskich dochodach, słabo wykształceni i starsi. Julia zaczęła wierzyć w spisek ogólnoświatowy, w to, że rządzą nami kłamliwe, żydowskie media, w to, że może jej zabraknąć "owoców i warzyw", że musimy walczyć o Polskę, która jest przecież najważniejsza.

Czytając jej wypowiedzi o "przebrzydłych liberałach" na Facebooku, oczy przecierałam ze zdumienia. Napisałam na tzw. tablicy, że chyba nie powinniśmy być wobec siebie tak agresywni, napisałam to tonem pojednawczym i żartobliwym. Wtedy Julia, nie przebierając w słowach, "ogólnie" wyszydziła osoby piszące na Facebooku za treści półprywatne, czasem może nieporadne, zbyt kolokwialne. Szyderstwa odebrałam osobiście.

A potem usunęła mnie z listy znajomych

Mijały dni, nastroje trochę się uspokoiły, z przyjaciółmi mimo różnic poglądowych dyskutowaliśmy w spokojnej atmosferze.

Ni stąd, ni zowąd wybuchł słynny, rozdmuchany do granic, skandal z krzyżem w roli głównej. Błędy popełnione przez władze, kuriozalne wybryki po obu stronach barykady, jakiś film z miejsca katastrofy

Wtedy popełniłam idiotyczny błąd, zapomniałam, że fanatyzm zabija rozum. Ośmieliłam się zakpić z prawdziwych Polaków, używając jednej z tyleż zabawnych, co prymitywnych aplikacji na Facebooku - do końca nie pamiętam, o co chodziło w tej minigierce, dość powiedzieć, że Jula określiła moją chwilową słabość mianem "żałosnej".

Jako człowiek dobrej woli poprosiłam, żeby się wyluzowała, ani słowem jej nie obrażając. Cała jestem za wolnością słowa i różnicą poglądów. Niestety, moja przyjaciółka nie wahała się wylać na mnie wiadra pomyj, do tego stopnia, że mój nieoceniony wujek, również właściciel konta na Facebooku, przyszedł mi w sukurs - i też oberwał. Do całej tej awantury dołączyła siostra mojej przyjaciółki, po czym z godnością usunęły mnie z listy znajomych.

Dlaczego taka wrogość?

Cały czas mnie boli, dlaczego Jula postanowiła zerwać dawne więzi, bez szacunku dla wspomnień i przeszłości? Dlaczego nie mogłyśmy po prostu się nie przyjaźnić - skąd wybuchła taka otwarta wrogość? Co sprawiło, że jakaś żenująca awantura, która ujawniła nasze typowo polskie pragnienie zaangażowania w sprawę niezależnie od jej rangi i wagi, stała się przyczyną utraty całej sympatii do mnie?

Julka była dla mnie ważną osobą i o tym wiedziała - a więc w imię jakiego Boga to poczucie wyższości!

Przypomina mi to "Mgłę" Stephena Kinga, o osobie psychiczne chorej, która utrzymuje, że bezpośrednio kontaktuje się z Najwyższym. Ludzie na początku z niej szydzą, jednak z biegiem czasu wierzą jej. I podżegani w imię Boga zaczynają zabijać ludzi wykształconych, światłych, jako winnych złu, które spadło na miasteczko. Wyśmiewali obrzędy ludu, krytykowali "prostych, dobrych ludzi". Bóg się rozgniewał i pragnie krwi.

Czyż nie tak rodzi się zło - z szaleństwa? Podżegane płomieniem kompleksów, biedy, głupoty i marazmu?

I cóż mamy teraz po tragedii smoleńskiej, po kuriozalnej wojnie o krzyż, po wielu słowach agresji, po utraconych przyjaźniach? Tak, mamy nawet zabójstwo z powodów politycznych. Społeczeństwo kipi agresją.

Uważajmy na to, co robimy z naszym krajem. Nie dajmy się psychozie - budujmy wspólnotę, niezależnie od wartości, poglądów politycznych, wyznania. Nasze dzieci będą chciały ciepła, jedzenia i domu (z krzyżem, czy bez niego).



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.