Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Kilka dni temu Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy upowszechniło przesłanie dotyczące potrzeby rzetelności i uczciwości. To pokłosie organizowanej przez to stowarzyszenie konferencji "Manipulacja - kłamstwo zorganizowane", która 23 października 2010 r. odbyła się w Łodzi. Za patrona medialnego obrało "Nasz Dziennik". Jedna z autorek publikujących w tej gazecie napisała na jej łamach, że "ND" jest "najbardziej naturalnym rzecznikiem propagowania zasad etyki w środowisku dziennikarskim" (B. Babula, Smoleńsk, Krakowskie Przedmieście, Łódź,"ND", 22 X 2010 r., s. 12).

Przyjrzyjmy się zatem dziennikarstwu, z którego czyni się propagatora zasad etyki.

1. Zacznijmy od początkowego fragmentu właśnie wspomnianego artykułu Barbary Babuli:

"Nawoływanie do uspokojenia emocji przez wszystkich po tym, jak doszło do zabójstwa w biurze poselskim PiS, nie jest obojętne etycznie. W sytuacji, gdy nie ma równości między ofiarą i zbrodniarzem, stanowi wsparcie dla mordercy. Jest korzystne dla tych, którzy pierwsi rozpoczną (rozpoczęli) kampanię nienawiści. Co sobie naplują, nawyzywają, nakłamią, nakopią, nazabijają, to ich zysk. Potem wzywają do uspokojenia rozumianego jako uciszenia pytań o przyczyny, o winę, i zakładającego, że druga strona jest zdolna sięgać po podobne haniebne środki. A po drugiej stronie przecież nie ma żadnych podobnych zachowań. Jest tylko wołanie o prawdę" (podkreślenia moje).

No cóż, działacze PO z pewnością odczuwają satysfakcję z zysku, jaki osiągnęli dzięki masowemu nazabijaniu się działaczy PiS. A działacze Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy mogą odczuwać satysfakcję z tego języka miłości prezentowanego w naturalnym rzeczniku propagowania zasad etyki. I mogą odczuwać satysfakcję z niedostrzegania po stronie PiS żadnych haniebnych zachowań. Wszyscy przecież wiedzą, że palenie przez Jarosława Kaczyńskiego kukły prezydenta Lecha Wałęsy było wyrazem sympatii, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego: "My stoimy tam, gdzie wtedy, oni stoją tam, gdzie stało ZOMO" była demonstracją Polski solidarnej, określenie "łże-elity" było wyrazem szacunku, dziadek z Wehrmachtu był podyktowany jedynie wołaniem o prawdę, a gałąź dla Palikota była jedynie wykładem z botaniki.

A mężczyzna, który fekaliami obrzucił tablicę upamiętniającą gromadzenie się Polaków na Krakowskim Przedmieściu po smoleńskiej katastrofie, zademonstrował jedynie wzorzec pokojowej wymiany myśli.

2. W artykule o wspomnianej konferencji zatytułowanym "Media masowego rażenia" ("ND", 25 października 2010 r.) Anna Ambroziak przywołała wypowiedź europosła PiS Janusza Wojciechowskiego na temat Zbigniewa Ziobry:

"Jako jeden z nich (przykładów - przyp. M.M.) podał (Janusz Wojciechowski - przyp. M.M.) to, w jaki sposób liberalne media ośmieszały osobę byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, któremu stawiano absurdalny zarzut, że przez niego umierają ludzie, gdyż doprowadził do aresztowania lekarza, który brał łapówki".

Jak pamiętamy, nie o łapówki chodziło, lecz o bezpodstawne przypisanie lekarzowi zabójstwa słowami: "już nikt nigdy życia przez tego pana pozbawiony nie będzie". Zdaniem lekarzy Ziobro tymi słowami podważył zaufanie do transplantologii, co miało wpłynąć na spadek liczby przeszczepów. Warto dodać, że sąd prawomocnym już wyrokiem kazał Ziobrze lekarza tego za pomówienie przeprosić.

Ale czytelnik "ND" musi zapamiętać, że "liberalne media" są złe i niewiarygodne, w przeciwieństwie do "ND".

3. 20 października 2010 r. "Nasz Dziennik" swoją czołówkę zatytułował "Z nożem na Kaczyńskiego". Nadtytuł brzmiał: "Słowa Donalda Tuska pod adresem opozycji z PiS: Jeśli nie będziecie współpracować, wyginiecie jak dinozaury, nabierają szczególnego znaczenia".

Pomijając że historia nie zna faktu, jakoby dinozaury wyginęły od noży działaczy PO, to czytelnik otrzymuje jasny przekaz, kto jest moralnym sprawcą (Tusk), a kto ofiarą (Kaczyński). W obszernym lidzie jeszcze dwukrotnie pojawia się nazwisko Kaczyńskiego jako ofiary; na prawdziwą ofiarę zaś - Marka Rosiaka - miejsca w lidzie zabrakło.

4. 18 czerwca 2010 "ND" zamieścił czołówkę zatytułowaną "Policja aresztowała Komorowskiego". Tekst dotyczył akcji mieszkańca Rzeszowa, który na lawecie woził bilboard ze zdjęciem Komorowskiego i obok zdjęciem dziecka po aborcji z napisem: "Marszałek Komorowski popiera kompromis aborcyjny". Policja ów samochód zatrzymała, nie wiedząc, co z nim zrobić.

"Nasz Dziennik", czyli "naturalny rzecznik propagowania etyki dziennikarskiej", uznał ten sztucznie wykreowany epizod za najważniejsze w danym dniu wydarzenie w Polsce. I uznał taki tytuł ("Policja aresztowała Komorowskiego") na parę dni przed wyborami - za stosowny.

Czy katolickie medium nie powinno stać na straży czci i godności ludzkiej? Warto przypomnieć, że Maria Kaczyńska także popierała aborcyjny kompromis, za co ojciec Rydzyk przezwał ją "czarownicą". Czy teraz będziemy musieli chronić jej kryptę przed tak rozumianym katolicyzmem?

Podobnych udokumentowanych przykładów manipulacji i szczucia na siebie ludzi w mediach ojca Rydzyka mam dziesiątki. Sygnalizowałem je "Naszemu Dziennikowi", pisałem do Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej ojca Rydzyka - bez jakiejkolwiek reakcji. Nieodmiennie zaś w "Naszym Dzienniku" słowo "prawda" odmieniane jest przez wszystkie przypadki. I ludzie ufni w katolickość, a więc uczciwość tej prawdziwie polskiej gazety - wierzą, że otrzymują prawdę obiektywną. Tym bardziej że taką prawdę legitymizuje Kościół. Ba, częstym gościem łamów "Naszego Dziennika" jest biskup Adam Lepa, członek Komisji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu, także uczestnik wspomnianej konferencji. Jak to możliwe, że również on, potępiający nieuczciwość i agresję w mediach, uwiarygodnia swoim autorytetem takie dziennikarstwo?!

Autorzy przesłania głoszą, że na manipulacji najbardziej traci tendencyjnie informowany obywatel. Tak. Ale jeśli z takiego dziennikarstwa czyni się etyczny wzorzec, to wiarygodność traci całe dziennikarskie środowisko, a adepci tego zawodu tracą z oczu granicę między uczciwością i podłością.

Trwa debata na temat agresji w języku. Prof. Witold Doroszewski podkreślał zawsze, że język bierze się z myślenia. W jaki sposób chcemy zmienić język polityki i mediów, skoro na piedestał stawia się dziennikarstwo zwalczające nie zło, ale człowieka?

*Autor jest członkiem zarządu dolnośląskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przygotowuje doktorat z procesów dziennikarskich, jest autorem książki "Kulisy dziennikarstwa czyli granice wolności kija".

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.