Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Oto bowiem Jarosław Kaczyński dostaje w swoje ręce nowe paliwo, nowy mit, który będzie wykorzystywał równie bezwzględnie, jak wykorzystuje katastrofę smoleńską. "To ja miałem być obiektem ataku" - to jak tragiczny podarunek niebios. Już nie tylko Lech Kaczyński zmarł pośrednio jako ofiara Tuska et consortes... "Na mnie też czyhają" - zdaje się bez większych ogródek sugerować prezes. Czy dla jego środowiska, dla krzyżowych maniaków, radiomaryjnych nienawistników, klakierów z Gazety Polskiej i ND, może istnieć bardziej kaloryczne, polityczne paliwo?

Prezes PiS nie przełknie już żadnej krytyki, tak jego osoby, jak jego środowiska. Tu jest ruch wyłącznie od ściany do ściany, w czerni i bieli. Właśnie zapowiedział, że każda krytyka - nawet konstruktywna, jest wedle Kaczyńskiego wynikiem "przemysłu nienawiści"- będzie nawoływaniem do faktycznego, fizycznego morderstwa. Po 10 kwietnia wiele smutnych bzdur ze strony PiS-u słyszałam, zresztą z wielu politycznych stron płynęły. Jednak dzisiejsza zapowiedź, właściwie quasi-groźba prezesa PiS, jest jak gigantyczny knebel na istotę demokracji - różnicę poglądów i szacunek dla niej. Kuriozalne, groźne słowa.

Nie ma wątpliwości, że w całej historii wojny "PiS kontra reszta świata", padały słowa haniebne, okrutne, niepotrzebne, wreszcie zwyczajnie głupie. "Dorzynanie watah" - ten idiotyzm Sikorskiego będzie się za nim ciągnął jeszcze długo. Wiele niepotrzebnych rzeczy mówił marszałek Niesiołowski, Palikot, inni politycy PO. Bywało, że także premier. PiS nie pozostawał dłużny, często nakładając koszulkę lidera w tym politycznym wyścigu pogardy i podziału. Wciąż podpala pochodnie emocji pod Pałacem Namiestnikowskim, zamiast je sukcesywnie wygaszać. Marzyłabym o porządnym, dogłębnym rachunku politycznych sumień w tej wojnie. Stąpam jednak twardo po ziemi, trudno weń uwierzyć. Najwyraźniej nie jest to jeszcze polski punkt krytyczny.

Ten morderca, pojedynczy i indywidualny, zapewne działający w swoim imieniu, bez względu na to czy jest chory psychicznie czy nie - jest symptomem tego, co nas toczy, w skali mikro obrazem naszych narodowych emocji, tego napięcia, naprężenia do granic.

Mam ogromną nadzieją, że rząd, jego najbliższe otoczenie i zaplecze polityczne, nie dadzą się sprowokować tej fatalnej retoryce. Premier właśnie złożył kondolencje, solidaryzuje się z ofiarami i namawia do refleksji, spokoju. Nie mam złudzeń, właśnie poprosił o gruszki na wierzbie. Czeka nas męczące, gorszące widowisko.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.