Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



"To nie jest nasz problem" - te słowa proboszcza św. Anny wprawiły mnie w osłupienie. Świadczą o tym, jak bardzo kościół oddalił się od swoich wiernych. Jak mało o nich wie, jak słabo chce rozpoznawać ich problemy. I nadzieje. Co bowiem zrobił, by te sfrustrowane owce zagospodarować? By "odbić" je kościelnym ekstremistom w stylu Rydzyka?

Hierarchowie mają do uczynienia ogromny rachunek sumienia i rozliczenie z grzechu zaniechania. Ci ludzie spod Pałacu, w przedziwnej narodowo-religijnej histerii, nie mogą być adresatami filozoficzno-intelektualnej narracji w wydaniu pokojowych, akademickich dominikanów.

Kościół powinien zaoferować im prosty, dobry, pozytywny przekaz. Bo jedyne, co otrzymują teraz, to rydzykowa, smutna, pełna frustracji i gniewu wersja świata. Gdy patrzy się na tych ludzi - jak na tę znamienną starszą, długowłosą kobietę w okularach, popadającą w przerażającą ekstazę - zapewne niezbyt zamożnych, rozczarowanych współczesną Polską, to nasuwa się smutna refleksja: nie otrzymali od swoich pasterzy tego, co powinni.

Widziałam wczoraj w TVN24 bardzo, ale to bardzo znamienną i smutną scenę, obrazującą ten podział wewnątrzkościelny, ten absolutny brak (chęci!) komunikacji: księża ze św. Anny podchodzą do grupki "obrońców" (w znacznej mierze obrończyń) krzyża. Kobieta pada na kolana, chwyta za dłoń księdza, jednego z tych przybyłych, coś do niego płacząc mówi. Ten patrzy na nią jak na dziwadło, wyrywa dłoń, nic nie mówi, stoi jak skała.

Jestem ateistką, ale wyobrażam sobie, że nie tak powinno to wyglądać. Tak po ludzku - czemu nie przytrzymał tej dłoni, czemu nie spróbował wziąć na bok, spokojnie porozmawiać, ukoić jakoś to fatalne uniesienie? Nie wiem; ta scena była bardzo przygnębiająca.

Narzekamy, że państwo okazało się słabe. Że silniejsza okazała się niewielka w sumie grupka ekstremistów. Rozumiem to, powiedzmy - obywatelskie - oburzenie. Wyobraźmy sobie jednak taki zbieg wydarzeń: tego samego dnia SN ogłasza legalność wyboru Komorowskiego na prezydenta, i jednocześnie mamy pod Pałacem Namiestnikowskim skuteczną pacyfikację "obrońców" krzyża. Zaniechanie było politycznie zrozumiałe; żaden polityk przy zdrowych zmysłach, żaden szef kancelarii prezydenta, nie zdecydowałby się na takie skojarzenia na starcie prezydentury. "Komorowski - ten, który rozpoczął od rozwiązań siłowych" (wersja bardzo soft). Jakież paliwo dostałoby w swoje ręce PiS!

"Wygraliśmy"- wykrzykiwali później krzyżowcy. Czy rzeczywiście? Czy wygraną jest ten przedziwny kocioł ze złymi emocjami - narodowymi, religijnymi, mieszanymi polityczną chochlą? Pyrrusowo wygrali walkę. A można było rozpocząć proces kończenia wojny. Ale przecież nie o to chodzi, nie o porozumienie, ale o coś przeciwnego - o utrwalenie podziału: My (wojujący katolicy, niosący bliżej niesprecyzowane dziedzictwo polskości) vs. Oni (Tusk, Żydzi, Ruscy, liberałowie, sprzedawczyki).

Jest w tym jedno pocieszenie (choć czy to może w ogóle cieszyć?). Myślę, że PiS, otwarcie już podkładający drwa pod ten kocioł, będzie tracił. Nie przyda mu ta zadyma nowych wyborców, tęskniących do umiarkowanej, konserwatywnej prawicy. Najbardziej zabetonowani będą oczywiście trwali. Ale oni w dłuższym horyzoncie wyborczym są niewystarczający. Umiarkowanym powoli opadają klapki z oczu, vide Paweł Lisicki we wczorajszej "Rzepie".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.