Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Będąc dziś w Warszawie, postanowiłem przejść się pod Pałac Namiestnikowski i przyjrzeć się krzyżowi, który nie schodzi z dziennikarskich newsów od wielu dni.

Gdy się pojawiłem, telewizje kręciły akurat materiały do wieczornych serwisów informacyjnych. Ta sama historia od kilku dni - Polska krzyżem podzielona, jedni pilnują i oddadzą za niego życie, inni łapią się za głowy, przyglądając się naszemu folklorowi. Najwięcej jest młodych. Przychodzą, rozglądają się, robią sobie zdjęcia na tle krzyża. W końcu trzeba się lansować na portalach społecznościowych.

Inni, ci z większymi aparatami, zatrzymują się na dłużej. Robią zdjęcia wszystkim kartkom pod zniczami, a także dekoracjom krzyża i łańcuchów przy nim. Nikt nie potrafi mi powiedzieć, co robi kibicowski szalik Portugalii, którym krzyż jest przewiązany.

Robienie zdjęć nie jest mile widziane. Oczywistym jest, że każdy człowiek, który robi tu zdjęcia i nawet słowa nie zamieni, jest dziennikarzem żydowskich mediów. Obrońcy krzyża deklarują podziw dla nieprzychylnych gazet, że tak szybko potrafią zmieniać fotoreporterów.

- Bo mi to, proszę Pani, zwisa - rzecze młody, rosły fotograf, demaskując swoje poglądy. Jednoczesny wrzask komitetu obrońców nie pozwala mi zrozumieć ich odpowiedzi. Myślę, że to lepiej dla mnie.

Grupka nastolatków rozmawia z kobietą, która na ramieniu ma opaskę "Solidarni 2010".

- To, że krzyż tu stoi, jest... głupie - mówi jeden z młodzieńców.

- Młody jesteś i głupi - wcina się starszy mężczyzna - i do tego niewychowany.

Dwóch mężczyzn szczególnie źle nastraja obrońców krzyża: "Patrzy pan na te garbate nosy" - mówi mi starsza kobieta. Istotnie, chłopaki jątrzą i głośno wyrażają swój sprzeciw. "To kundelki Tuska Iskarioty" - słyszę za plecami. Z drugiej strony słyszę dziewczęcy śmiech. Chodź, teraz idziemy na zimnego Lecha, przebija się z chichotu. Nie budzi to reakcji obrońców.

Rozglądam się po Solidarnych. Rozdają ulotki, gazetki i pocztówki. Biorę gazetę "pod prąd" od starszej pani.

- To poprzedni numer - mówi, zauważając moje zaskoczenie odciskiem brudnego trampka na pierwszej stronie - bieżący kosztuje dwa złote.

- Ja najpierw przeczytam ten - i uciekam w głąb lektury.

Pobieżnie przeglądam szpalty niczym portal internetowy. Moją uwagę zwracają treści wyróżnione i przypadkowe zdania, na których padnie moje oko. I oto dowiaduję się, że Wyborcza potwierdza, iż homoseksualizm to choroba, że korzystanie z dotacji europejskich jest naganne moralnie oraz że ekumenizm jest zły. Chowam gazetę do torby, mój umysł nie mógłby znieść więcej prawdy objawionej. W poniedziałek pokażę ją kolegom w pracy.

Obok mnie kwitnie handel pocztówkami wyborczymi Jarosława Kaczyńskiego. Solidarni wymieniają się też przedrukami kazań prałata Jankowskiego, księdza Popiełuszki i Jana Pawła II. Ktoś pokazuje segregator ze zdjęciami związanymi z katastrofą smoleńską.

Rozmawiam z wysokim, młodym blondynem. Pytam go, jak to się stało, że harcerze zgodzili się na przeniesienie krzyża, a obrońcy się nie poddają.

- Harcerze zostali przekupieni - odpowiada mój rozmówca.

- Niby czym? - pytam zaskoczony.

- Wycieczkami i namiotami - ucina. Nie przebiję się przez tak silną argumentację.

Uwagę zwraca na siebie mężczyzna w wojskowym ubraniu. Wydaje mi się, że kojarzę jego twarz z filmu Jana Pospieszalskiego. Opowiada mi o burdelu, który znajduje się naprzeciwko hotelu Bristol i o tym, że Komorowski nic z tym nie robi.

Nie odważyłem się zapytać, skąd wie o tym przybytku rozkoszy i co prezydent elekt powinien uczynić.

Rozmawiam z dwoma rzekomymi posiadaczami garbatych nosów. Jeden z nich dzwoni na policję, mówiąc o nielegalnym zgromadzeniu pod pałacem. Nie podoba mi się to, jest przecież stosunkowo spokojnie. Czasem padnie ostrzejsze słowo, lecz my Polacy tak już mamy, gdy się z kimś nie zgadzamy. Policja przyjmuje zgłoszenie.

Pojawia się coraz więcej młodych ludzi. Roześmianych, wyluzowanych. Wyciągają wino i spaghetti. Rozkładają się kilkanaście metrów od krzyża i zaczynają konsumpcję. To chyba proste - skoro można prowadzić okupację przestrzeni pod pałacem w imię obrony krzyża, to chyba można sobie również urządzić piknik. Z uśmiechem patrzę na ich spokój. Przez chwilę nawet przestałem zwracać uwagę na podziały, które tutaj panują.

Sielanka trwa kilkanaście minut. Pojawia się starsza, siwiuteńka kobieta z gazem pieprzowym, rozpylając go na młodych. Wszyscy uciekają w popłochu, kilkanaście osób zaczyna się krztusić.

Policja przyjeżdża kilka minut po incydencie, w przekonaniu, że jadą uspokoić pieniacza, który zgłosił nielegalne zgromadzenie. Policjant nie bardzo chce uwierzyć w historię z gazem, lecz jego wątpliwości natychmiast rozwiewa kilku fotografów, którzy bardzo dokładnie uchwycili atak starszej pani. Wszyscy chcą składać zeznania - młodzież mówi o użyciu gazu, obrońcy o poturbowaniu jednej ze starszych kobiet. Mężczyzna w wojskowym stroju opowiada policjantowi o tym, jak jeden z młodych ludzi zaczął dusić jedną z "Solidarnych". W trakcie składania zeznań trzy razy wskazywał zupełnie inne osoby, które miałyby rzekomo krzywdzić starszą panią. W końcu kategorycznie stwierdza "to na pewno ten grubas" i wskazuje na szczupłego, wysokiego i niebywale zaskoczonego mężczyznę na rowerze.

Zagaduje mnie czterdziestoletni, wąsaty pan.

- Panie, to jest miejsce kultu. To tak jakbym ja przyszedł do pana domu, otworzył konserwę i zaczął ją jeść - próbuje zagadnąć. Nie wytrzymuję.

- A gdybym wtedy wpakował panu nóż między żebra, to by było w porządku?

Obaj doszliśmy do wniosku, że do porozumienia w ten sposób nie dojdziemy.

Idę stąd. Nie mogę na to dłużej patrzeć. Zanim opuściłem Krakowskie Przedmieście, minęły mnie jeszcze cztery radiowozy.

I po co ja tam poszedłem, myślę. Ale szybko trafiam na satysfakcjonującą odpowiedź.

Gdybym tego nie zobaczył na własne oczy, nie uwierzyłbym. Z natury wierzę w dobro człowieka. Poszedłem tam, by zrozumieć, co dzieje się pod pałacem, by dostać jakikolwiek powód, dzięki któremu zrozumiałbym Solidarnych 2010. Dostałem gazem po pysku.

To trzeba zakończyć wszelkimi dostępnymi środkami. Na co jeszcze czekamy, aż obrońcy przyniosą noże i pistolety?

Głęboko wierzę, że kobietę, która użyła jako argumentów gazu pieprzowego, spotka prawo i sprawiedliwość. Kamerzyści i fotografowie, którzy tam się przewijacie, publikujcie swoje materiały. To nie jest niewinna obrona symbolu, to już jest wojna, której każdy z nas może stać się ofiarą. Nie może być miejsca na to w państwie prawa. Ludzie potrzebują informacji, jak tam jest naprawdę. Telewizja nie czuwa tam cały czas. Solidarni - owszem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.