Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
List-artykul Marty Konarzewskiej: "Jestem nauczycielką i jestem lesbijką.

Inne listy: "Niech Pani odejdzie ze szkoły"

Pierwszy raz zobaczyłam panią Konarzewską na zdjęciu z warszawskiej Parady Równości w 2007 roku zamieszczonym w książce Agnieszki Graff "Rykoszetem". Widać na nim pełną radości dziewczynę w towarzystwie znanej pisarki. Na koszulce ma napis "Nobody knows I'm a lesbian". W tle widać gęsty tłum ludzi. Pomyślałam sobie "No proszę, idą wesoło, nie boją się, nikt ich nie atakuje, nie jest źle. Potem wrócą do domu, do pracy. Jakie w Polsce mamy teraz tolerancyjne społeczeństwo." Dopiero później przeczytam, jak bardzo się bała.

Drugi raz natknęłam się na nazwisko Konarzewska przy lekturze artykułów o uczennicach jednego z łódzkich liceów, które zamieściły swoje artystyczne zdjęcia na internetowym blogu. Pomyślałam "Jakie fajne zdjęcia! Widać, że dziewczyny interesują się sztuką, eksperymentują. Może kiedyś będziemy zdjęcia ich fotografki oglądać na wystawach i w albumach". Początkowo uczennice miały być wyrzucone ze szkoły. Sprawa zrobiła się głośna i w końcu do relegowania nie doszło. Nawet zaprzeczono, że w ogóle był taki zamiar. Uczennice wspierała szkolna polonistka. Nie skojarzyłam jej wtedy ze zdjęciem z "Rykoszetu". Pomyślałam "Odważna baba! Na taką belferkę uczniowie mogą liczyć. Wiedziała, że naraża się temu gronu siedzącemu z podkulonym ogonem. Usta pełne frazesów o wartościach, a jak co do czego przychodzi, to brakuje odwagi, by bronić uczniów i zaprotestować. No, ale przynajmniej wszystko się dobrze skończyło".

Dzisiaj, w wyborczą niedzielę, w Gazecie czytam artykuł Marty Konarzewskiej pt. "Jestem nauczycielką i jestem lesbijką". Więc jednak nie skończyło się dobrze. Skończyło się źle. A może się skończyć jeszcze gorzej, jeśli nauczycielka straci pracę. Nauczyciele okazują swojej koleżance wyższość kulturalną i... seksualną, nie mówiąc jej "dzień dobry" i traktując jak powietrze. Dyrektor rozmawia z nią trzymając ręce w kieszeniach, a wicedyrektorka ostentacyjnie odwraca się na jej widok i oddziela się od niej kordonem sekretariatu i innych nauczycieli.

Pani Konarzewska ze strachu nie wchodzi do pokoju nauczycielskiego. Doświadcza codziennego poniżenia i wykluczenia. Kto nie pracował w szkole, nie wie jak bolesny i niszczący może być ostracyzm pokoju nauczycielskiego. Jeśli jest prawdą, że inna nauczycielka próbuje nakłaniać uczniów do podpisywania petycji przeciw Konarzewskiej, to powinna przestać uważać się za pedagoga.

Zachowanie dyrekcji i innych nauczycieli to klasyczny mobbing. Do tego taki wzorzec zachowania pokazuje się młodzieży. Rzekomo to wszystko dzieje się w imię "tradycyjnych wartości". Łudzę się, że nie o chrześcijańskie wartości tu chodzi. Nie sposób w takiej atmosferze codziennie, ze ściśniętym gardłem, przychodzić do pracy, normalnie prowadzić lekcje i spokojnie przygotowywać się do nich. Uczniowskie wybryki z wkładaniem kosza na głowę nauczyciela znalazły swój bardziej "wyrafinowany" odpowiednik w zachowaniu dyrekcji i grona pedagogicznego, grupy wydawałoby się dorosłych i wykształconych ludzi. Z tym niewidzialnym koszem trudniej się walczy, trudniej się przed nim obronić i trudniej go zdjąć.

Zastanawiam się, jak zareagowałby pokój nauczycielski, gdyby nagle w drzwiach stanęli Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Konopnicka, Gombrowicz, Lechoń czy Rodziewiczówna? A gdyby zjawiła się Safona, Tove Jansson od muminków, Oskar Wilde, Virginia Woolf czy Leonardo da Vinci? Czy powiedziano by im "My nie lubimy Konarzewskiej, bo ona jest... no... wiecie"? A oni pomyśleliby "A nas lubicie? Przecież my też jesteśmy... no... wiecie?"

"Zrobiłaś z nas homofobów, a MY jesteśmy tolerancyjni". Czy osoba wypowiadająca takie zdanie, w kontekście całej sprawy, miała kiedyś jakieś zajęcia z logiki? Oniemiałam, czytając "nauczyciele zobowiązali się dyżurować przy wicedyrektorce, by nie naraziła się na bezpośredni kontakt ze mną". Wicedyrektorka napisała "w trosce o swoje bezpieczeństwo mam prawo obawiać się kontaktów z Panią". Nie wiadomo, czy śmiać się płakać. Dorosła kobieta, na stanowisku, unika bezpośredniej rozmowy ze swoją podwładną? Czego się obawia? Jakie ma do tego podstawy? Bardziej można się obawiać ludzi mijających nas na ulicy.

W jakim świecie żyje ta szkoła? Uczniowie mają dostęp do wszelkiej informacji w internecie. Mogą sobie czytać, oglądać wszystko bez żadnych ograniczeń czy cenzury. Szkoła udaje, że o tym nie wie. Zamiast rozmawiać i pomóc zrozumieć, potępia, piętnuje, szykanuje uczennice, a potem nauczycielkę. Uczennica pisząca pracę o tolerancji, ma pominąć zagadnienie tolerancji wobec mniejszości seksualnych, jakby nie istniały. To o czym ma napisać? O tolerancji dla paprotek, a może o tolerancji dla... większości? Odwołanie wycieczki do kina na film o rasizmie, bo był pokazywany w ramach festiwalu filmów m.in. o tematyce homoerotycznej, może śmieszyć, ale tak naprawdę śmieszne nie jest.

Świat jest obezwładniająco skomplikowany i trzeba się dużo napracować, by znaleźć jakiś drogowskaz. Obłuda, cenzura, nienawiść, dyskryminacja i codzienne upokarzanie nauczycielki ze względu na jej orientację nie pomogą znaleźć uczniom tego drogowskazu. Na pewno nie w tym łódzkim liceum.

Czasem słyszy się, że orientacja seksualna jest prywatną sprawą. Dlaczego więc jedna z nauczycielek dociekała, jaką orientację ma pani Konarzewska? Ze sposobu, w jaki to robiła, można się domyślać, że nie było to tylko zwykłe wścibstwo. Dlaczego szkoła w ogóle się tym zajmuje? Ktoś mógłby powiedzieć "Nie trzeba było się ujawniać. Ujawniła się, to teraz ma". A dlaczego miałaby udawać kogoś, kim nie jest? Żeby tylko inni mieli spokój? A jej spokój?

Pani Konarzewska zasługuje nie tylko na tolerancję, ale na pełną akceptację i szacunek jako osoba i nauczycielka. Tak, jej orientacja seksualna jest jej prywatną sprawą, a to znaczy, że szkoła nie ma prawa dociekać i wtrącać się w jej życie prywatne. Nie znaczy to jednak, że o swoich prywatnych sprawach nie może mówić, że o swoich prywatnych sprawach musi kłamać. Każdy ma prawo wyboru. Również osoby heteroseksualne wybierają, o jakich prywatnych sprawach będą mówić, a o jakich nie i szkole nic do tego. Trzeba wierzyć, że dyrekcja łódzkiego liceum jednak nie zwolni swojej polonistki, a ta znajdzie siły, by przetrwać obecną sytuację. Wierzę, że niedługo ktoś w pokoju nauczycielskim łódzkiego liceum po prostu zaproponuje pani Konarzewskiej herbatę, porozmawia choćby o pogodzie czy o tym, jaką ostatnią nowość warto przeczytać. Do tego naprawdę nie trzeba specjalnej odwagi. Wierzę, że jeszcze będzie bez strachu szła w niejednej paradzie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.