Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jakiego patriotyzmu dziś Polacy potrzebują? Zapraszamy do dyskusji. Piszcie: listydogazety@gazeta.pl



Odnoszę wrażenie, że "Gazetowa" dyskusja o patriotyzmie zabrnęła w maliny. Co gorsza, brnie w te same maliny za każdym razem, gdy się odbywa, a przecież nie tylko malinami człowiek żyje.

Debata o patriotyzmie w "Wyborczej" zaczyna się zwykle od sprzeciwu. Wywołuje go, na przykład, wybuch obciachowej odmiany patriotyzmu wziętej żywcem z epoki Bismarcka. Ostatnim takim ekscesem były niektóre reakcje na tragiczny wypadek w Smoleńsku, przede wszystkim zaś malownicza, zbiorowa kompromitacja prawicowych publicystów. Kiedy już ludzie pozbierają z podłogi szczęki i ręce po najnowszym wyczynie - dajmy na to - red. Pospieszalskiego, ktoś mówi na głos to, co wszyscy myślą: "Ech, skumbrie w tomacie, jak tu być patriotą w takim towarzystwie?"

Trzy odpowiedzi (nie najlepsze)

Odpowiedzi zazwyczaj lądują w trzech szufladach:

- "otóż bycie patriotą polega na miłości do kraju." - tu pada filozoficzna recepta na to, jak kochać kraj mądrze; większość z nich jawniej bądź tajniej postuluje, że red. Pospieszalski nie jest zbyt mądry, więc należy go zignorować, to może sobie pójdzie; podtekst jest oczywiście taki, że my mamy swój patriotyzm, a red. Pospieszalski może ewentualnie mieć swój, skoro musi;

- "otóż ja kocham ten kraj, ponieważ." - tu zwykle zaczyna się emocjonalna autocharakterystyka, godna poszanowania, tyle że osobista; wadą takich osobistych wypowiedzi jest to, że trudno się je uogólnia;

- "otóż ja mam ten kraj w dupie, ponieważ." - tu następuje rachunek krzywd, począwszy od "w domu bieda piszczy", a skończywszy na "gej nie ma tu życia"; z reguły te rachunki są konkretne i racjonalne, ale również bardzo osobiste;

Wszyscy mają dużo do powiedzenia o sobie, o swoim kraju, a także o tym, jak się prywatnie czują w relacji do niego, ale mało kto mówi cokolwiek o patriotyzmie jako takim. Ci, którzy są "za" i ci, którzy są "przeciw", nawet nie są w stanie podyskutować ze sobą, bo "kocham Chopina i te wierzby płaczące" to nie jest kontrargument na "w Londynie już bym dom i samochód miał" (ani też vice versa). Jeśli już w ogóle mówi się o patriotyzmie, to abstrakcyjnie: definiuje się postawę, zamiast zadeklarować, do czego miałaby ona posłużyć.

Tymczasem patriotyzm ma całkiem konkretne zastosowania. Zabytkowy polski patriotyzm "nierzucimziemny" stopniowo wypada z obiegu, bo się w tych zastosowaniach już nie sprawdza. Na jego miejsce nie pojawia się jednak nowy, bo nikt nie myśli, po co im cała ta impreza, tylko zastanawia się, jak z niej wyprosić red. Pospieszalskiego.

Patriotyzm a użeranie się - anegdota

Teraz pozwolę sobie zastosować suspens i wygłosić anegdotę ilustracyjną względem pytania "po co mi patriotyzm". Najpierw będzie osobiście, a potem uogólnię.

Otóż tak się składa, że wykonuję stresującą pracę w branży hi-tech, polegającą w uproszczeniu na tym, że muszę nakłaniać ludzi do skoordynowanego działania, ale nie mogę im niczego narzucać. Do tego muszę znosić niekompetentne decyzje dyletantów, którzy nie mają zielonego pojęcia o swoim (i moim) zawodzie, za to mają ostatnie słowo. Regularnie muszę wybierać między użeraniem się a zgodą na złe rozwiązania. Zwykle wybieram użeranie się. Tak się również składa, że miewam do czynienia z obcokrajowcami. Jeden z nich - Norweg, który spędził pół życia w Stanach - zapytał mnie kiedyś, po co mi to wszystko. Dlaczego próbuję dorobić się wrzodów, zamiast dać sobie na wstrzymanie? Odparłem mu: "jestem warszawiakiem; my, warszawiacy, nie poddajemy się, tylko walczymy do upadłego". We die trying - tak mu powiedziałem. My, warszawiacy, rycerze do spraw beznadziejnych, powstańcy.

Sprzedałem mu oczywistą brednię. Gdyby powyższej zasady przestrzegało przynajmniej te 20 proc. moich współpracowników, którzy, tak jak ja, są rodowitymi warszawiakami, to moja praca nie byłaby stresująca. Co gorsza, odruchowo i bez namysłu odwołałem się do mitu, z którym niewiele mnie wiąże. Większość mojej rodziny znalazła się w Warszawie po wojnie. Nikt nie uczestniczył w żadnym z powstań. Ja sam, jak wszyscy żywi przy zdrowych zmysłach, nie jestem samobójcą ani męczennikiem i wolę wygrywać niż przegrywać.

Mimo to powiedziałem, że nie mogę dać sobie na wstrzymanie, bo jestem warszawiakiem; i jeśli będzie trzeba, to powiem to jeszcze dwieście pięćdziesiąt sześć razy.

Moje patriotyzmy: warszawski, żoliborski i europejski

Mój skromny, warszawski patriotyzm daje mi następujące korzyści:

- w pewnym stopniu definiuje moją tożsamość; jako warszawiak mam określone podejście do życia oparte na niepoddawaniu się;

- w pewnym stopniu definiuje moje cele; w Warszawie staramy się osiągać "niemożliwości", to znaczy rzeczy, które wymagają tego, by się nie poddawać w sprawach beznadziejnych;

- składa mi pewną obietnicę; w Warszawie ludzie się nie poddają, więc osiągają rzeczy gdzie indziej niemożliwe; uczestnicząc w tym wysiłku, mam szansę również osiągnąć jakąś "niemożliwość"; szczerze mówiąc, mogę też "polec próbując" i jest to ryzyko, na które godzę się świadomie;

Oprócz warszawskiego posiadam na składzie także patriotyzm żoliborski i europejski. Żoliborz, czyli jedną z dzielnic Warszawy, cenię za to, że jest to miejsce podporządkowane potrzebom ludzi, a nie maszyn. Jako Europejczyk jestem dumny z tego, że Unia nie jest imperium, że w Europie kapitalizm jest mniej drapieżny niż w innych częściach świata i że europejskie demokracje są wielopartyjne.

W wszystkich trzech przypadkach mój patriotyzm ma te same trzy zastosowania: mówi mi, do czego dążyć, podpowiada, jak to osiągnąć, i precyzuje, co z tego będę miał. Patriotyzm nadaje moim działaniom kierunek. W tym sensie jest czymś zupełnie innym niż miłość do kraju, ponieważ miłość do kraju wyposaża mnie w motywację.

Patriotyzm bywa też formą zaklinania rzeczywistości. W moim przypadku nie opisuje Warszawy taką, jaką ona jest, lecz taką, jaką chciałbym, żeby była. Tym samym służy mi do wyrażania aspiracji.

Konstruktywny patriotyzm w innych krajach

Każdy czytelnik mądrzejszy od red. Pospieszalskiego z pewnością zapyta, czy to się godzi, by takie ważne sprawy jak cele życiowe podporządkowywać patriotyzmowi, zamiast zdobyć się na samodzielność. Otóż jedno z drugim się nie kłóci, dlatego że żaden z moich trzech patriotyzmów nie rządzi sposobem, w jaki głaszczę moje koty, ani też nie dyktuje sposobu kupowania skarpet.

Patriotyzm odnosi się tylko do zjawisk w określonej skali: jako żoliborzanin sprzeciwiłbym się zburzeniu Cytadeli; jako warszawiak popieram rozbudowę metra; jako Europejczyk mam opinię na temat federalizacji Unii. Patriotyzm mnie nie określa, tylko mnie wspiera.

W patriotyzmie w ogóle nie chodzi o podporządkowanie się komuś bądź czemuś, tylko o skoordynowane działanie. Dopóki każdy działa na własny rachunek, nasze czyny znoszą się wzajemnie. Jeśli jednak uzgodnimy wspólną wartość, to ją osiągniemy, bo nasze czyny, zamiast się znosić, będą się nawarstwiać.

Niektóre kraje zdołały wypracować konstruktywny patriotyzm. Stany Zjednoczone odruchowo postrzegamy jako kraj wielkich indywidualnych możliwości, Francję - jako ojczyznę wysokiej kultury, a Szwecję - jako państwo, w którym nie umiera się na biedę. Przy czym oczywiście nie jest tak, że w Stanach nie ma wykluczenia, we Francji wszyscy czytają poezję, a w Szwecji każdy jest socjalistą. Jednak każdy z tych krajów ma niepodważalne osiągnięcia w poszczególnych dziedzinach, ponieważ podjął w tym celu skoordynowane działanie. Patriotyzm sprawia, że te kraje wiedzą, czego chcą.

Przejąć i oswoić symbole

Polskie dyskusje o patriotyzmie są jałowe, ponieważ nie tylko nie wiemy, czego chcemy i nie mamy wspólnej tożsamości, ale wręcz robimy wszystko, by tej tożsamości nigdy nie zbudować. Owszem, mówimy o sobie, że jesteśmy Polakami, czyli mamy wspólną etykietkę, ale ta etykietka nie przekłada się na konkret. Nasz patriotyzm jest jak słoik po dżemie, mianowicie jest pusty w środku.

Łatwo byłoby wymienić w tym miejscu przewiny red. Pospieszalskiego i reprezentowanego przezeń muzealnego patriotyzmu a'la Bismarck, ale to każdy czytelnik "Wyborczej" uczyni bez trudu we własnym zakresie. Ciekawsze są przewiny czytelników "Wyborczej", a więc także moje. Instrumentem tożsamości są symbole i obyczaje. Symbolem jest na przykład flaga i godło, obyczajem - stawianie zniczy na grobach. Stopniowo wyrzekamy się takich rzeczy.

Kilka dni temu widziałem, jak z okazji beatyfikacji Popiełuszki ku jego dawnej parafii zmierzał niewielki pochód. Maszerujący dzierżyli dwa sztandary: jeden z Matką Boską, drugi z orłem w koronie. Dla tych ludzi to było bardzo serio; ja zwrot "orzeł w koronie" wymawiam z eł kresowym, by podkreślić swój ironiczny stosunek. Mieć własną flagę i jeszcze do tego nią wymachiwać - to dla kogoś takiego jak ja straszny obciach. Godła nie wstydzą się w Polsce już chyba tylko kibice i religijni radykałowie. Dlaczego oddaliśmy te symbole walkowerem?

Co do zniczy, to ja, jako agnostyk, nie mam z nimi problemu, a nawet sam zapalam kilka we Wszystkich Świętych, w tym jeden dla Jacka Kuronia, skądinąd ateisty. Staję wtedy nad jego grobem i poświęcam chwilę na refleksję nad jego zasługami. Nie przejmuję się, że ktoś mógłby omyłkowo odnieść wrażenie, że się modlę. Nie przeszkadzałby mi też ksiądz na moim pogrzebie, nawet gdyby miał taką potrzebę, żeby odprawić mszę (to znaczy: wyrazić troskę i szacunek dla mnie na swój własny sposób). Ale już Olga Tokarczuk widzi w takich hybrydach problem, a z obyczajów o religijnych korzeniach czuje się na tyle wykluczona, że pisze o tym artykuły. Nie jest osamotniona - znam osobiście wielu ludzi myślących w podobny sposób. Tylko dlaczego musimy izolować się od czegoś, co moglibyśmy przejąć i oswoić? Z Bożym Narodzeniem to się udało, pomimo Boga w nazwie. W wielu domach jest to już całkiem świeckie święto ku czci najbliższej rodziny.

Wspólne wartości Polaków? Kasa?

Jedynie z rzadka i w dużych bólach tworzymy nowe zwyczaje o krajowym zasięgu. Od ręki do głowy przychodzi mi tylko Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wydaje nam się, zresztą słusznie, że red. Pospieszalski jest wykluczający i destruktywny, ale sami nie jesteśmy wiele lepsi. Oni nam ubliżają, my się z nich nabijamy.

Patriotyzm to także cele, idee i sposoby realizowania ich. Inaczej mówiąc - wspólne wartości, z akcentem na "wspólne".

Niniejszym stwierdzam, że jako Polacy nie mamy żadnych i z nadzieją czekam na śmiałków, którzy udowodnią mi, że się mylę. Kogokolwiek o te nieszczęsne wartości pytam, ten odpowiada, że chciałby, żeby jego praca miała dużą wartość. Pieniężną. Chce dużo zarabiać, mieć dom i samochód. Problem w tym, że wartości materialne nie są dobrym punktem wyjścia dla patriotyzmu, bo nie mieszkamy w kraju, który byłby "naj" pod jakimkolwiek mierzalnym względem.

Jeśli ktoś chce tylko być bogaty, to łatwiej i wygodniej jest przeprowadzić się do Londynu niż pracować na to, żeby wnuki mogły kiedyś cieszyć się londyńskim standardem życia w Łodzi.

Polska w zwiewnej szacie zje z nami obiad

Z kolei na akceptację jakiejś wartości niewymiernej jesteśmy zbyt cyniczni, a zaproponowanie wielkiej, szczytnej idei to sprawny sposób na zostanie wyśmianym w towarzystwie. Każda taka idea - bez względu na to, czy będzie to wniebowzięcie, równość płci, czy kolonizacja Księżyca - wymaga wiary. Trzeba umieć uwierzyć w to, że warto i w to, że się da. A my już wierzyć nie chcemy i nie potrafimy. Ateizm pomieszał nam się z tumiwisizmem.

Polskie podejście do patriotyzmu jest niedojrzałe również przez to, że myślimy o nim w kategorii "ja i mój kraj", zamiast w kategorii "ja i ludzie dookoła mnie". Kiedy mówimy "Polska", to nie myślimy "my - ludzie mieszkający w Polsce", tylko "ona - Polska", tak jakby Polska miała zstąpić w zwiewnej szacie z dziewiętnastowiecznego obrazu i zjeść z nami obiad. Nawet ktoś, kto twierdzi, że kocha ten kraj i chce działać dla jego dobra, zazwyczaj nie postrzega ludzi dookoła jako wspólników w tym interesie. Nie pyta więc, co może dla nich zrobić. Nie formułuje programu: oto cel, a to sposób osiągnięcia go, a to korzyść, którą będziemy z tego mieli. Skutkiem tego - powszechne przekonanie, że "Polska nie ma nic do zaoferowania". Ale tu znowuż Polska nie może niczego zaoferować, bo nie jest damą z obrazu. Próśb o ofertę nie należy kierować do Polski, tylko do Polaków.

Pomimo autentycznej miłości do kraju cechującej wielu Polaków, w Polsce nie ma patriotyzmu i nie będzie go, dopóki nie rozwiążemy bardziej podstawowego problemu, to znaczy dopóki nie staniemy się wspólnotą. Na razie nie możemy być patriotami, ponieważ - jako Polaków - nic nas nie łączy.

Od red. Pospieszalskiego i jemu podobnych różni nas to, że oni kurczowo trzymają się patriotyzmu, który sto lat temu działał całkiem nieźle, podczas gdy my rozumiemy, że ten model już od prawie stu lat jest martwy. Jednak wobec teraźniejszości i my, i oni, jesteśmy jednakowo bezradni.

Wszakże ośmieliłem się napisać do Państwa ten list nie jako Polak, lecz jako warszawiak, gdyż my, warszawiacy, nie lękamy się spraw beznadziejnych.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.