Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Przedstawię się krótko, najkrócej jak potrafię: mam 36 lat, mieszkam w Warszawie, jestem "wyżej wykształcona". W ostatnich wyborach parlamentarnych głosowałam na PO, w prezydenckich - na Tuska. Nie żebym jakoś kochała tę formację... System partyjny mamy młody i jeszcze niedoskonały, Platforma zwyczajnie wydała mi się najbliżej mojego myślenia o państwie - konserwatywno-liberalnego. Głosowałam na nią także dlatego, że bardzo nie chciałam u władzy ludzi, którym pod pozornie uśmiechniętymi wargami drgają drapieżne, prawicowe kły.

Uważam się za patriotkę, choć miłość do współczesnej Polski jest uczuciem piekielnie trudnym, nieodwzajemnionym. Działałam wiele lat w sferze pro publico bono, wiem co piszę.

Revenons a nos moutons... Miało być o 800 tysiącach. Byłam tam, więc mnie hurtem policzono. Wieczorem, w dniu smoleńskiej katastrofy lotniczej mój małżonek - platfomerski klakier, a jakże - i ja, wybraliśmy się pod Pałac Namiestnikowski, by zapalić znicz, by zadumać się przez moment nad śmiercią tych, którzy nie byli z naszej bajki politycznej.

Napiszę więcej: wśród ofiar byli tacy, na widok/dźwięk których zawsze ściszam telewizor/radio. Eufemizm.

Tak więc tłumy, tysiące "naszo-pospieszalsko-ziemkiewiczo-krasnodębsko-etc." patriotów, tak? Gdyby nie tragedia, rzekłabym - zabawne.

Tak, widziałam zadumanych, smutnych ludzi. Widziałam też, w bardzo dużej liczbie, gumożujących gapiów, często niestosownie wyszczerzonych, wdrapujących się ku uciesze kumpli na latarnie, by pstryknąć fotkę. Fotka będzie miała swoje krótkie życie na naszej-klasie czy innym twitterze.

Słyszałam głośne rozmowy, często nie do zacytowania. Widziałam i słyszałam starsze panie stojące przy zniczach sztywnym kordonem, niepozwalające przejść z własnym kwiatkiem czy świeczką. Na łagodne "przepraszam na chwilę, chcę tylko postawić", usłyszałam agresywne "ja się tu modlę!".

Ogromną większość stanowili zwykli ciekawscy, zwykle poruszeni niezwykłą tragedią. Ta ciekawość - naturalna, nie należy się na nią obruszać - nie miała barwy politycznej. Barwy polityczne były tam w zdecydowanej mniejszości. Ktoś powie: no dobrze, ale później przez długie dni stali tam ludzie w kolejce do śp. pary prezydenckiej. Tak, stała też tam moja mama, powodowana najnormalniejszym w świecie współczuciem i ciekawością. Mama, która - wiem to na pewno - na Jarosława Kaczyńskiego głosować nie będzie.

Tak więc, panowie szlachta, ILU? Ilu tak naprawdę było tam ludzi, wartych policzenia wedle waszych kryteriów? Nie ma to żadnego znaczenia. Dla mnie. Ma za to znaczenie, i boli mnie niezmiernie, to ohydne zawłaszczanie trumien, to natrętne dzielenie.

I modlący się, i gumożujący, i pstrykający, i zwykli cisi, to wszystko Polacy, do których w swej łaskawości się zwracacie, gdy zachodzi potrzeba doraźnej statystyki. Żaden - jak mawia Tomasz Jastrum - "godnościowo wzdęty" pismak nie ma prawa brać tej ludzkiej masy i lepić z niej swojego narodowościowo-patriotycznego ludzika. To bardzo brzydkie kłamstwo, ten ludzik. Czy któryś z panów naprawdę wtopił się w ten tłum, wsłuchał? Usłyszał też to, co niewygodne? Co nie pasujące do chwili? Czy tylko wyłuskał to, co pasuje do kłamliwego, bo jednostronnego obrazu?

Dziś znów widzę te publicystyczno-polityczne szeregi. Drugie, trzecie garnitury. Pierwszym nie wypada obnażać kłów. Nerwowo pulsują tętnice.

Znów zostałam zmotywowana. Jak moja mama, jak mój mąż, jak wielu innych, ponownie przy urnie zawetuję IV RP.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.