Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Ale do rzeczy: aspektem podstawowym jest bezsilność. Bezsilność SLD, bezsilność - czy raczej "mniejsilność" PiS, dużo mniejsza, bo tam wciąż jest Wódz. Bezsilność SLD-owska brutalnie obnaża krótką ławkę kadrową tej partii, także krótkowzroczność Napieralskiego. Nawet zmarły marszałek Szmajdziński był tego objawem, bo choć człowiek z niego był poczciwy, to charyzmy prezydenckiej miał jak na lekarstwo. Napieralski nie jest typem pluralisty i wizjonera, sam też kandydować nie będzie - to jeszcze długo (prawdopodobnie nigdy) nie będą jego progi. Jedynym rozsądnym ruchem wydawałoby się ściągnięcie z europarlamentu Wojciecha Olejniczaka, w tej sytuacji optymalnego. Ale na to szef SLD się nie zdobędzie; nie po to wszak wyrywał partię i klub parlamentarny swojemu konkurentowi, by teraz go na swojej piersi hodować.

PiSowski problem jest tylko pozornie lub niewiele mniejszy. Paradoksalnie to co niektórzy nazywają "kontynuacją dzieła Lecha Kaczyńskiego", mogłoby się w kampanii prezydenckiej paskudnie zemścić. Słyszałam i czytałam głosy mówiące o tym, że wśród umiarkowanego elektoratu PiSowskiego oraz elektoratu niezagospodarowanego, taki ruch - kandydowanie - odebrane mogłoby być jako "podpięcie się" pod gotową legendę. Bardzo istotnym argumentem za niekandydowaniem Kaczyńskiego jest konieczność poprowadzenia PiS-u do wyborów parlamentarnych. Na razie nie ma nikogo, kto zamiast i w imieniu Kaczyńskiego mógłby to zrobić. Szef PiS ma też wiele innych, raczej znanych powszechnie właściwości, które go jako POWAŻNEGO kandydata dyskredytują. Mam wrażenie, że jest swych obiektywnych słabości świadom.

Drugim aspektem jest ta dziwna, bardzo pozorna i na pokaz, niby-jedność post-żałobna. Nie wierzę w nią, nie ufam jej. Nie ufam politykom do niej nawołującym. Dlatego, że w zamyśle ma wysłać do nas komunikat: popatrz, wyborco, jestem ponad doraźne podziały, ponad walkę buldogów. Jest to wołanie tandetne i cienkie jak pergamin. Główny nawoływacz - Napieralski, po wielokroć dał dowód, że koncyliacyjny jest wyłącznie w sytuacji potencjalnego zysku politycznego. Vide - TV publiczna.

W sumie więc - naiwność, niezrozumienie demokracji, pomysły infantylne albo cyniczne. Dziś możemy się - dość brutalnie, zgoda - przekonać, ile nasi reprezentanci są warci. Jasne, sytuacja jest niestandardowa, ale dla mnie nie jest to powód wystarczający. Bezwzględność tej sytuacji - konieczność zebrania 100 tysięcy podpisów w bardzo krótkim czasie - jest kwintesencją tych wyborów. Istotą, rdzeniem absolutnym demokracji, która właśnie zdaje się kandydatom komunikować: pokaż mi swoje poparcie, pokaż mi, ile NAPRAWDĘ jesteś wart. Zamiast pojękiwać jak Olechowski, warto się zachować jak Nałęcz. Warto czasem zmierzyć się z prawdą. A ja, WYBORCA, chcę WYBRAĆ.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.