Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Szkoła elitarna, do której zapisaliśmy dziecko, nie segreguje dzieci na wstępie, obiecuje jednak "złote góry", indywidualną pracę z dzieckiem, wiele godzin angielskiego, wiele zajęć pozalekcyjnych. Rzeczywistość okazuje się mniej kolorowa - jeśli dziecko sobie z czymś nie radzi, to trzeba popracować w domu - czyli uczyć je samodzielnie tak, żeby dawało radę w szkole.

Angielski jest, owszem, ale o metodyce nauczania nauczyciele chyba nie słyszeli - na poziomie klas 1-3 dziecko przynosi same dobre oceny opisowe, pomimo licznych pytań rodziców, wątpiących czy dziecko rzeczywiście cokolwiek potrafi.

W czwartej klasie robi się gorzej, bo dziecko nagle "nie daje rady i chyba jakoś przez ostatnie wakacje straciło całą wiedzę z angielskiego" - no i trzeba je podciągnąć (samodzielnie bądź na korepetycjach, co do 4-5 godz. tygodniowo w szkole dodaje kolejną lub dwie, za dodatkową opłatą). Wf dumnie opisywany na stronach (basen, siłownia, wynajmowana piękna sala gimnastyczna) okazuje się marną namiastką, głównie bieganiem za piłką.

A kółka są, głównie szydełkowania, większość za dodatkową opłatą. Dzieci pozornie zadowolone, a i rodzice początkowo też, bo 5 i 6 na świadectwach. Tylko jakoś tak coraz mniej życia w tych dzieciach, o spontanicznej chęci rozwoju to prawie już nie słychać.

Mogłabym tak jeszcze przez kilka stron - o tych minusach szkoły niepublicznej. Ale na szczęście poszliśmy po rozum do głowy - szkoda że tak późno!), przezwyciężyliśmy strach przez szkołami państwowymi, w których dużo dzieci, no i trafiają się takie z gorszych rodzin... I co się okazało?

Nauczycielom chce się uczyć - bo mają jeden etat, w jednej szkole, dostają dodatki za wyniki. Godzin matematyki, polskiego, wf jest więcej, a dodatkowo są kółka (prawdziwe!), za darmo, za to prowadzone profesjonalnie. Nasz syn wybrał trzy, dodatkowo SKS i wciąż wydaje mu się, że mógłby wybrać coś jeszcze, poczuł że interesująco jest zdobywać dodatkową wiedzę (w poprzedniej szkole był wyizolowany, bo lubił czytać, a to obciach).

Jeśli dzieci mają jakieś problemy w nauce, to są też zajęcia dodatkowe dla słabszych, dodatkowo każdy nauczyciel podaje godziny, w jakich każdy - dziecko bądź rodzic, mogą przyjść, uzupełnić wiedzę, porozmawiać.

Już nie wspomnę o wyjściach na wystawy, do opery, filharmonii itp. Zyskaliśmy wiele, także czas pochłaniany przedtem na dojazdy przez pół miasta. Zyskaliśmy także przekonanie, że duża szkoła nie musi okazać się przechowalnią przestępców. A za zaoszczędzone pieniądze sprawiamy sobie różne przyjemności. I rozwijamy się, oddychając pełną piersią. Gimnazjum też poszukamy wśród ofert szkolnictwa państwowego - pewnie najbliżej domu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.