Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Akcja "Gazety" Koniec Akademii mająca na celu przedyskutowanie problemów szkolnictwa wyższego w Polsce jest bardzo cenna. Jego stan powinien bowiem zostać poddany społecznej debacie. Ważne jednak, aby w jej trakcie nie popadać w nastroje histeryczne. Ta dziedzina naszego życia nie jest być może w najlepszym stanie, ale i tak w lepszym niż wiele innych.

Oczywiście nie oznacza to, że stan ów nie mógłby być znacznie lepszy. Zanim jednak wskażę kilka sposobów jego poprawy (a są to sprawy na świecie dawno znane i stosowane, a i w polskim środowisku naukowym postulowane nie raz) chciałbym z całą mocą podkreślić, że polskie szkolnictwo wyższe po 1989 roku tylko deklaratywnie było przedmiotem troski polityków i władz państwowych.

Lekceważenie dla tego działu naszego życia społecznego łączyło lewicę z prawicą, całą klasę polityczną.

Co ciekawe, nawet profesorowie, gdy tylko stawali się jej członkami natychmiast zapominali o szkolnictwie wyższym, czasem można było odnieść wrażenie, że ze światem akademickim nie chcą już po prostu mieć nic do czynienia.

Nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe utrzymywały się (i utrzymują) na żenującym poziomie (ostatnio jest to bodaj 0,38 procenta dochodu narodowego). Płace kadry naukowej były i są żałosne, zaś bibliotekarzy i personelu pomocniczego tragiczne (nieomal na poziomie płacy minimalnej).

W naszych dziejach po 1989 roku liczono się z tymi, którzy byli liczni i bardziej zdeterminowani, aby upomnieć się o swoje, niż narzekający jedynie w swoim gronie naukowcy. Nikt na serio nie traktował lekcji historycznych, które pokazywały, że nie ma efektywniejszego sposobu modernizacji niż inwestowanie w naukę i szkolnictwo wyższe (vide Korea Południowa czy Finlandia).

Zmierzam do tego, aby powiedzieć, że dziś powinni bić się w piersi politycy (szczególnie politycy z partii mieniących się reprezentacją inteligencji), a dopiero po nich profesorowie.

Co do tych drugich to chciałbym zauważyć, że uporczywe oskarżanie ich o całe zło, jakie ma miejsce w szkolnictwie wyższym jest niepoważne i wygląda na poszukiwanie kozła ofiarnego. Oczywiście są wśród nas ludzie bardziej i mniej pracowici, bardziej i mniej przyzwoici, zdolniejsi i mniej zdolni (choć zaprawdę trudno być durniem i zostać profesorem...), ale z pewnością nie jesteśmy jako całość demonami zła psującymi wszystko, czego się tylko dotkniemy.

A już z pewnością wysoce niesprawiedliwe i absurdalne jest kreowanie nas na wrogów "młodych wilków" (jak sugerował w swoim tekście "Szkoły wyższe w oparach absurdu" zamieszczonym w "Gazecie" prof. Klaus Bachman), doszukiwanie się w świecie akademickim walki pokoleń i sprowadzanie całego problemu szkolnictwa wyższego do kwestii starych blokujących zmiany i młodych doń prących.

Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Przede wszystkim ani profesorowie nie są tak konserwatywni, ani młodzi tak postępowi, jak się ich maluje. Być może jest gdzieniegdzie tak, ze profesorowie blokują drogi awansu młodym, ale z pewnością znacznie częściej o ten awans zabiegają i starają się robić wszystko, aby młodszym go ułatwić.

Problem leży raczej w tym, że warunki nie sprzyjają ani jednym ani drugim. Jedni i drudzy bowiem znajdują się w stanie względnej pauperyzacji, której starają się zaradzić w sposób najbardziej racjonalny - więcej pracują. Także na drugim etacie. Realizują w ten sposób cichy układ między nimi a władzą: my wam płacimy źle (profesorowie), albo nawet bardzo źle (młodsza kadra), wy sobie dorabiacie. Owocem tej sytuacji jest rozwój szkolnictwa niepublicznego (to po stronie aktywów) oraz brak czasu na badania naukowe i podnoszenie poziomu nauczania (to po stronie pasywów).

Jak zachować aktywa tej sytuacji a wyeliminować pasywa? Kadry musiałoby być więcej i musiałaby być znacznie lepiej opłacana. Więcej, aby zapewnić trwanie szkół niepublicznych, lepiej opłacana, aby ci, którzy uważają pracę na więcej niż jednym etacie za wynik przymusu ekonomicznego mogli się od niego uwolnić i wrócić do tego, co chcieliby robić - do nauki.

Niedobrej sytuacji w szkolnictwie wyższym nie da się zmienić bez podniesienia nakładów na naukę i szkoły wyższe. Jeśli się komuś wydaje, że da się to zrobić bezkosztowo, to się myli. Ponieważ jednak na podniesienie owych nakładów nie ma co liczyć (bądźmy realistami), pozostaje trwanie w tej patowej sytuacji, która na dłuższą metę utrwali jedynie marginalizację Polski jako kraju, który nie liczy się w (po)nowoczesnym podziale pracy, modernizuje się ślamazarnie i w ostatecznym rachunku przegra z innymi.

Gdyby jednak zdarzył się cud i znalazły się pieniądze, trzeba by przywrócić motywacyjną funkcję płacy. Każdy awans naukowy powinien wiązać się ze znaczącym awansem materialnym (dziś są to najczęściej grosze).

Nadto trzeba by odejść od "urawniłowki" w płacach i przejść na kontrakty, których wysokość i czas trwania odzwierciedlałyby rzeczywistą pozycję poszczególnych osób w zawodzie i ich osiągnięcia, te ostatnie powinny być mierzone raczej jakością publikacji, a nie ich ilością.

Najlepsi powinni mieć luksus porównywalny z tym, jaki mają tzw. university professors w Stanach Zjednoczonych: uczyć ile chcą i kiedy chcą (zapewniam, że nie zawiodą).

Należałoby wprowadzić zasadę zdobywania stopni naukowych w innych uczelniach niż ta jaką się ukończyło, czy w jakiej się pracuje. Dziś sytuacją nagminną jest, że się studiuje, a potem pracuje i uzyskuje stopnie na tej samej uczelni (dominuje "chów wsobny"). Zdobycie stopnia doktora czy doktora habilitowanego powinno być poprzedzone obligatoryjnym stażem zagranicznym, co najmniej sześciomiesięcznym, a także czynnym udziałem (tzn. z referatem lub innym wystąpieniem) w kilku konferencjach międzynarodowych poza granicami Polski.

Wszystkie konkursy na stanowiska powinny mieć charakter ogólnopolski, a nawet międzynarodowy i być ogłaszane w stosownych biuletynach i na stronach internetowych ministerstwa (a nawet w prasie ogólnodostępnej), zaś czas przeznaczony na napisanie stosownej pracy i zdobycie odpowiedniego stopnia naukowego nie powinien być przedłużany w nieskończoność, tak jak ma to dziś często miejsce.

Należałoby stworzyć warunki (zachęty materialne) do tego, aby profesorowie i inni pracownicy naukowi mogli od czasu do czasu odbywać wykłady gościnne na innych uczelniach (mobilność kadry jest warunkiem jej rozwoju naukowego). Warto byłoby też stworzyć centralny fundusz przeznaczony na tłumaczenia najlepszych polskich prac naukowych z zakresu nauk społecznych i humanistycznych na języki kongresowe, głównie język angielski oraz ich druk w renomowanych wydawnictwach światowych (przyrodoznawcy nieźle radzą sobie sami).

Generalnie powinna obowiązywać zasada, która przyniosła tak znakomite rezultaty gdzie indziej (np. w Stanach Zjednoczonych): stwarzać dobre warunki do pracy i wymagać.

Co do studentów, to trzeba zauważyć, że ich poziom nie może być dziś rewelacyjny. Nigdzie na świecie 50 proc. populacji młodzieży nie wykazuje faktycznych predyspozycji do studiowania; założyć zatem można, że jeśli taki procent młodzieży studiuje (tak jak jest to obecnie w Polsce), to odbywa się to na siłę (studentów "ciągnie się za uszy", by się wyrazić kolokwialnie).

Być może najwyższy już czas, abyśmy od ekstensywnego rozwoju szkolnictwa wyższego polegającego na mnożeniu liczby studentów i szkół wyższych przeszli do rozwoju intensywnego, stawiając raczej na ich jakość.

Wymagałoby to jednak zmiany sposobu finansowania uczelni, w tej chwili promuje się ilość studentów a nie ich jakość, to bowiem od ich ilości uzależniony jest dopływ pieniędzy.

W tym wszystkim najważniejsze jest jednak uświadomienie sobie, że utrzymywanie szkolnictwa wyższego i nauki na odpowiednim poziomie to nie żadne luksusy, ale jedyny (podkreślam - jedyny) sposób na to, aby wyjść z zacofania i dołączyć do krajów rozwiniętych. Mam dziwne wrażenie, że prawda ta wciąż z ogromnym trudem toruje sobie drogę wśród tzw. decydentów. Tymczasem czas ucieka, a wraz z nim reszta świata. Obyśmy nie obudzili się zbyt późno, na to, aby go doścignąć.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.