Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polowanie na jelenia, czyli listy ''tchórzliwych trzydziestolatków''. Agata uderzyła w stół, a oni odezwali się - zobacz co napisali mężczyźni Agacie...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jestem ładna, wysoka, pewna siebie. Nieskromnie? Prawdziwie. I dlatego nikt, łącznie ze mną, nie potrafi zrozumieć, jak to jest, że jestem sama. Kolejne święta, urodziny, słyszę te same życzenia: "No wiesz, czego ci życzę... no spełnienia najskrytszych marzeń" (czytaj: męża i dzieci). A ja w grudniu haustem tequili uczciłam rok bez pocałunku.

Pieprzona zasada trzech dni

Nie to, żebym nie randkowała. W 2008 nawinęło się ich siedmiu. Najmłodszy miał 27 lat, najstarszy 39, a większość około trzydziestki, jak ja. I za każdym razem ten sam scenariusz - dobrze rokująca znajomość rozłaziła się po trzech, pięciu, ośmiu randkach. Dlaczego? Bo panom brakuje jaj!

Zaczyna się klasycznie. "Kawę?" - spytał naukowiec. Kontroler infantylnie zasypał mnie linkami do piosenek na YouTube. HR-owiec, choć wysportowany, ambitnie zaprosił do Zachęty. Za każdym razem on płaci. Niby po męsku. Więc ja rozumiem, że to randka.

Zrobiłam kiedyś test "Dlaczego nadal jesteś singlem?" i wyszło mi, że za bardzo się staram. Pogrzebała mnie odpowiedź, czy wysyłasz pierwsza SMS-a po randce. Nie wolno. To już nie wysyłam. Więc psychozy dostaję, ale twardo czekam. W końcu jest SMS. Prawie zawsze po trzech dniach. Ta pieprzona zasada trzech dni. Kto ich tego nauczył?

Kolejne odcinki romansu odbywamy na klawiaturze komórki. On w SMS-ach śle życzenia na święta, pyta "co tam?", "pozdrawia czule", pisze "buziaki", co zdanie wtyka uśmieszek. I używa zdrobnień, których nienawidzę: "pozdrowionka", "troszeczkę". Zaciskam zęby, żeby potem nie mówili, że za wybredna jestem.

Po każdym jego SMS-ie spędzam godzinę z telefonem w dłoni, myśląc, jak tu w odpowiednio olewczym, a jednocześnie zaczepnym tonie podprowadzić go, by zaproponował drugie spotkanie.

Sukces: proponuje kino. W fotelu wierci się długo, aż okaże się, że najwygodniejsza pozycja to ta najbardziej pokładająca się na mnie. Po kinie płaci za kolację, podwozi pod klatkę, puszcza oko. A potem pyta, czy bezpiecznie dotarłam do domu. Urocze! Jeden krok bliżej.

Trzecie spotkanie - test większej grupy. Idziemy z jego znajomymi. Jest fajnie, mamy o czym gadać, a on się mną chwali na każdym kroku: A wiecie, Agata świetnie tańczy. I wystąpiła u Polańskiego...

No to ja znów myślę: jeden krok bliżej. Bliżej czego? Pierwszego pocałunku, do cholery! No właśnie - jeszcze go nie było!

Nie jestem pewien, czy jesteś tą jedyną

I zastanawiam się, gdzie ja jestem? W podstawówce? No, nie w liceum - wtedy w całowaniu nie było żadnych ograniczeń! Przecież się na niego nie rzucę! To ponoć mężczyznę upokarza! - tak mówi mama, koleżanki, tak mówią koledzy, którzy zostali w ten sposób upokorzeni.

Więc czekam. Ale czwarta, piąta randka. I nic. Czuję się, jakbym spotykała się z młodszym bratem. Czekać długo nie potrafię. Na pewno nie tyle, co moja sublokatorka Wiktoria, która spotykała się z jednym 30-latkiem trzy miesiące dzień w dzień i nic. W końcu nie wytrzymała: "Do czego ta znajomość zmierza? Chciałabym cię pocałować". A on na to cały w pąsach: "Ja też chciałem cię wielokrotnie... przytulić, ale nie jestem pewien, czy jesteś tą jedną jedyną".

Błagam! On się bał, że jak ją - taką dobrą dziewczynę - pocałuje, to tak jak z macaną bułką - uznaje się za kupioną? Co za absurd! Skąd ma wiedzieć, czy jest tą jedyną, skoro nawet jej nie pocałował? I ten chłopczyk jest szychą w firmie consultingowej!

Szok! Jako nastolatki po kilku chwilach chodziliśmy za rękę. A teraz, gdy na randce spotyka się para 30-latków, atmosfera ma gęstość ołowiu. On: "Przerąbane, ona na pewno zastanawia się, czy ja jestem nareszcie tym jedynym". Ona: "Cholera, on na pewno myśli, że ja się zastanawiam, czy on to wreszcie już ten jedyny". A pocałunek jawi się jako deklaracja na życie.

Wróćmy do randek. Po kilku może nie boskich, ale całkiem obiecujących spotkaniach scenariusz nieuchronnie zmierza do przestoju. Bo on akurat "jest w delegacji" albo "ma dużo roboty". Choć w ostatnim SMS-ie pisał: "Bardzo tęsknię", przez kolejne dwa tygodnie nie daje znaku życia. I potem dzwoni kurtuazyjnie, ale żadnego spotkania nie proponuje. No i ręce opadają! O co, do cholery, tym kolesiom chodzi???

Ja już byłam gotowa się zakochać, nagle wszystko mi opada. Właściwie co było nie tak? Mieliśmy o czym gadać, podobaliśmy się sobie i serio - nakładem niewielkich sił coś mogłoby się z tego wykluć. No, nie małżeństwo od razu, bo tego nie wiem, ale dlaczego by nie sprawdzić? Ale, żeby to sprawdzić, ja w przeciwieństwie do panów, potrzebuję pobyć przynajmniej kilka miesięcy w związku. Nie umiałabym zadecydować po trzech spotkaniach przy kawie!

- Może po prostu się w tobie nie zakochał? - podpowiada koleżanka z pracy (34 lata, nie jest w żadnym związku).

No może! Ale w takim razie po cholerę - choć do mnie się nie odzywa - wypytuje mojego kumpla, co u mnie, i wzdycha, że ja to byłam naprawdę fajna... Albo dlaczego kiedy widzimy się przypadkiem po miesiącu na mieście, świdruje mnie wzrokiem i za długo przytrzymuje za rękaw? No stary - to w końcu chcesz? Czy nie?

Ja ewidentnie facetów nie rozumiem! Więc czytam. "Mężczyźni są z Marsa...". Dowiaduję się, że faceci już tak mają, że potrafią się tydzień nie odzywać (wtedy - jak pisze autor - "wycofują się do jaskini"), a potem nagle są z powrotem i oczekują od kobiet równie zażyłej relacji, co wcześniej. Jakby nigdy nic. Rada autora: zrozumieć i uszanować.

Spieprzajcie! Nie ma was tydzień, dwa, nie odpisujecie na SMS-y, nie macie czasu posłuchać, co u mnie, a po miesiącu zapraszacie na lody? Co to ma być? Ja was potrzebowałam akurat wtedy!

Jak się boją, to niech spadają

Mam 30-letnią koleżankę, która zasługuje na medal - wytrzymała z takim "jaskiniowcem" siedem lat! Kiedy go rzucała, nagle trzeźwiał - zabiegał o nią, robił niespodzianki, kwiaty kurierem, wyznania przez telefon, szlochy. Gdy go odtrącała, upijał się i wzdychał, jakby to pięknie Karolina wyglądała w ciąży. Kiedy po miesiącu jej serce kruszało i wracała - natychmiast wyłączał telefon na tydzień, balował do rana z kolegami, a planując podróż do Afryki, jakoś nie wziął jej pod uwagę.

Tacy jak on tylko deklarują, że cenią rodzinę. Ale wszystkie potrzeby mają zaspokojone. Podstawową zajmują się łatwe dziewczyny, pozostałymi nadskakujące matki, które odbierają pranie i dostarczają obiady w słoiczkach. Chłopcy nie mają siły na podjęcie wyrzeczeń, by zbudować bliski, stabilny związek z kobietą. Za trudne!

Poza tym wierzą w romantyczne mity. Skąd wzięli tę bzdurę, że miłość to jak strzał pioruna w łeb? Jak nie walnęło - to nie miłość. I że jest jak perpetuum mobile - raz wzniecona, jedzie sama do grobowej deski. A jak nie jedzie - to znaczy "nie to". Myśląc: "żona", oni widzą wierną, pachnącą, czułą lalę, która tylko czeka w domu, by ich rozmasować. I nigdy, przenigdy nie ma problemów. W końcu "mają ich wystarczająco dużo w pracy. Dom to ma być oaza" - jak mawia były chłopak Karoliny.

No to co ja mam robić? Wszyscy mi mówią: Faceci się ciebie boją! Moja koleżanka Paulina (31 lat, samotna, pracuje w redakcji w innym mieście) powiedziała ostatnio: - Ty całą sobą komunikujesz: jestem silna, niezależna, nikogo nie potrzebuję. No, ale co ja na to poradzę? Mam udawać głupią?

Gadałam o tym z Martą (34 lata, też samotna, pracuje w telewizji, po ostatnim rozstaniu chodziła dwa lata do psychoterapeuty) i ona mówi: - Ja mam w d... te gierki! Nie będę udawać księżniczki i na zimno kalkulować, kiedy zgodzić się na spotkanie, a kiedy go spławić, żeby się napalił. Jak mam ochotę pierwsza napisać SMS-a - to napiszę! A jak faceci się boją, to niech spadają!

Gdzie są mężczyźni?

Moja mama załamuje ręce: - Córciu, jak ja wychodziłam za tatę, miałam 21 lat i w ogóle się tak nad tym nie zastanawiałam. Wszyscy się pobierali na studiach.

No tak! A my, 30-latki, możemy zrobić wszystko. Nagrać płytę i wrzucić na MySpace. Pojechać na zmywak do Londynu. Na staż do Dubaju. Na dwa lata z misją do Afryki. Albo zacząć kolejne studia. Zakładanie rodziny to jakaś nuda!

Patryk, mój ostatni chłopak, jednej niedzieli obwieścił mi, że konsultował się z rodzicami w sprawie zaręczyn ze mną (byli ponoć zachwyceni). Następnej niedzieli zerwał, mówiąc, że "to nie to", i że się męczy. Dupek!

Z Marcinem, poprzednim, byliśmy parą trzy lata. Dogadywaliśmy się świetnie. Ale dostał pracę za granicą, więc coś trzeba było postanowić. - "Wiesz... nie czuję, żebyśmy mieli być małżeństwem" - oznajmił. Wyjechał i do dziś jest sam. Czasem rozmawiamy. Gdy jedno albo drugie z nas ma doła, wzdychamy do słuchawki: Cholera, trzeba się było wtedy pobrać... Niestety jemu, jak i pozostałym, zabrakło jaj!

Tym wychuchanym humanistycznym mimozom sens życia zapewnia praca - ułożenie sobie życia zostawiają na wieczne "później". Bo nigdy nie są pewni swoich uczuć. Gnojki za nic nie wezmą odpowiedzialności! I mają jakiś pieprzony weltschmerz, w który my - kobiety - powinnyśmy się wsłuchać! Nie mają za grosz męskości - tej dzikości i siły, za którą tak tęsknimy! Niczego tchórze nie zaryzykują! Nawet głupiego pocałunku.

Patrzę na to i odechciewa mi się! Z drugiej strony chcę przeżyć w życiu jakiś konkret i rodzina wydaje się nim być. Zresztą - jak wszystkie koleżanki 30-latki - mam nawkładane do głowy, że mieć męża i dzieci kobieta MUSI. Nasze mamy wstydzą się, że nie są babciami. Babcie zamartwiają się, że wnuczki jakieś lewe, bo "nikt ich nie chce". A dzieciate rówieśniczki z troską pytają, czy zdążymy powić przed czterdziestką.

I my naprawdę CHCEMY mieć rodziny. Tylko gdzie są mężczyźni?

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.