Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Poroniłam 31 marca. Dokładnie siedem lat później grono mężczyzn, niemających pojęcia o macierzyństwie, zaapelowało o przyjęcie ustawy, która wprowadza pojęcie "zabójstwo prenatalne".

Zanim poroniłam, na mój brzuch mówiło się "dzidziuś", "dziecko"

Po poronieniu terminologia się zmieniła. Zawartość brzucha opisywało się teraz słowami "to". "Coś". "To było słabe, nie wytrzymało" - mówiono. "Nie miało serduszka". Albo w ogóle bezpodmiotowo: "nie udało się". Lecz w myśl nauki Kościoła (a byłam wówczas silnie wierząca) umarło mi oto dziecko. Jedenastotygodniowe, to prawda - ale czy po małym płacze się mniej niż po dorosłym?

Koleżanka z redakcji "Przekroju" robiła wtedy reportaż o pogrzebach obumarłych zarodków i płodów. Słyszałam, jak z newsroomu obdzwania parafie w całej Polsce. Piątą, szóstą, piętnastą, szesnastą. Dwudziestą. "Czy można zamówić pogrzeb zarodka?". Oburzeni pytaniem księża odsyłali ją z kwitkiem. Tylko jeden - JEDEN - powiedział: "z godnością pochowamy małego człowieka".

Jako rodzice wierzący poszliśmy do księdza, który udzielał nam ślubu. Mądrego dominikanina. - Straciliśmy dziecko - mówimy mu. Był wyraźnie zbity z tropu. - Nie wiem, nie wiem. Podobno jest gdzieś jakaś grupa wsparcia. Poszukam. Poszukajcie. Pomodlę się.

Wtedy zrozumiałam, że Kościół nie ma - nie miał wówczas - takim jak my niczego do zaoferowania. Nie był konsekwentny: z jednej strony mówił o życiu poczętym, z drugiej - nigdy nie słyszałam na żadnym kazaniu, aby pochylił się nad rodzicami dzieci utraconych. Zaczęłam sprawdzać regularnie w "Gościu Niedzielnym". Sprawdziłam i dziś: na hasło "poronienie" - 341 wyników. W tym teksty nie o problemie straconej ciąży, ale pod hasłem "poroniony pomysł".

Na hasło aborcja - 4541 wyników. To jest palący temat. Tym się chcą zajmować

A lekarze mówili mi: poronienie to zjawisko powszechne. Dotyczy co trzeciej Polki. Odczułam to. W całej rodzinie bliskiej i dalekiej dokonywały się coming outy. Dzwoniły do mnie ciocie, kuzynki. I ja też. I ta. I tamta. I koleżanka.

Minęło już siedem lat. Myślałam, że zmienia się na lepsze. Tymczasem gdyby wspierana przez Episkopat ustawa weszła w życie, spotkałabym się nie tylko ze społeczną obojętnością. Nie tylko z tabu, które zawiesza prawo do żałoby. O nie - tym razem stałabym się podejrzana. Poronienie byłoby "nieumyślnym spowodowaniem śmierci", a prokurator mógłby wszcząć śledztwo. Czy nie za dużo pracowałam? Nie kąpałam się w zbyt ciepłej wodzie? Dlaczego zaczęłam krwawić? Nikomu, najgorszemu wrogowi nie życzę przejścia przez to, co przeszłam. A i tak mam świadomość, że jestem w luksusowej sytuacji.

Bo przecież nie zostałam zgwałcona

Nie byłam w ciąży, w której zagrożone byłoby moje życie. Lub donoszenie jej spowodowałoby moje kalectwo. Nie byłam w ciąży, w której zarodek czy płód są tak ciężko uszkodzone, że dziecko byłoby nieuleczalnie chore i cierpiące. I zmarło po dwóch dniach. Po dwóch miesiącach. Albo wegetowało całe życie jak roślina.

To w tych trzech przypadkach dopuszczalne jest przerwanie ciąży. I nikomu, największemu wrogowi nie życzę, aby miał stanąć w takim dylemacie. Wiem za to, że w ciąży - także zdrowej - tego właśnie się boimy. Każdy niepokój sprawia, że z tym dylematem stykamy się wciąż hipotetycznie. Czy ono się rusza? Jaka przezierność karku? Jak organy wewnętrzne? Przepływy? Robić ryzykowne badanie czy nie robić? A co, jeśli się okaże, że...? Co wtedy z nami? Z naszym starszym dzieckiem, dziećmi?

Co ze mną?

W kolejnych ciążach - udanych! - surowo pilnowałam terminologii. Także dla ochrony własnej psychiki. Do dwunastego tygodnia ciąży - ZARODEK. Od czwartego miesiąca - PŁÓD. I dopiero kiedy się urodzi - DZIECKO. To rozróżnienie pomagało mi oddzielić się od dawnej traumy. Przywracało właściwe proporcje emocjom. Chroniło.

I właśnie dlatego, że wiem, co to znaczy poronić - wiem też, że nikomu nie wolno ingerować w ten koszmar, jakim jest podejmowanie decyzji w trzech określanych obecnie obowiązującą ustawą przypadkach. I gdy widzę polityków mężczyzn dyskutujących o tej sprawie z uśmiechami - zaciskam zęby.

Nic o tym nie wiecie. Nie macie prawa

Nie wolno wam skazywać na to kobiety. A gdy słyszę kobiety polityczki popierające nowe zapisy - mam ochotę płakać. Czy nic nie rozumiecie, nie pamiętacie? Nie zaznałyście, nie macie empatii?

"To nie do wiary, że ciągle musimy o to walczyć" - mówią moje koleżanki i idą pod Sejm. Co znaczy nasz protest, gdy oni mogą teraz wszystko? I otwieram książkę Małgorzaty Rejmer o Bukareszcie, gdzie opisuje skutki Dekretu numer 770. Nikolae Ceausescu wprowadzał w nim zakaz aborcji, ale pod pewnymi względami łagodniejszy od propozycji Episkopatu. Bo matka, która urodziła już dla Rumunii czworo dzieci, mogła przerwać kolejną ciążę.

I czytam, co się działo: "Każdy zna te historie. Ktoś doniósł, więc ktoś dostał wyrok. Kobieta, która miała aborcję, szła na sześć miesięcy do więzienia, lekarzowi wlepiali jakieś dwa lata i grzywnę. W szpitalach były specjalne komisje, które badały, jak wyglądało łyżeczkowanie pacjentki z krwotokiem: czy jej ktoś wcześniej nie pomagał poronić. Kobiety wkładały do macicy wszystko, co ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą twardą łodygę i stosowało się go do leczenia ran. Łopian działał odkażająco i był jak nóż. (...). Kobiety umierały od tego. Wykrwawiały się albo zabijało je zakażenie".

Dalej też jest strasznie. Politycy powinni to czytać do poduszki

Gdy krwawiłam w poronieniu, szpital - który w nazwie ma oczywiście osobę świętą - wyprosił mnie na ulicę. "Takie pacjentki jak pani załatwiamy w sobotę" - usłyszałam, jakbym domagała się łyżeczkowania na życzenie. A to dopiero był wtorek. I bolało.

Gdyby ta ustawa weszła w życie, potraktowano by mnie nie tylko z obojętnością, ale też z podejrzliwością. A ja jestem jeszcze w wieku płodnym. I mam koleżanki, przyjaciółki. I w ogóle bardzo lubię kobiety. I mam śliczną, delikatną bratową, niecały rok po ślubie. I urocza siostrzenica męża ma już 12 lat. I gdyby coś, nie daj Boże, gdyby ten wybór, którego nie życzę największemu wrogowi, miał być ich udziałem. Zagrożona ciąża, której donoszenie jest ryzykiem dla życia matki. Albo te inne przypadki...

Mam też córkę. Zacznie miesiączkować za jakieś sześć lat. Chcę zrobić wszystko, aby była już wtedy bezpieczna.




Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

REGULAMIN użytkownika "Gazety Wyborczej" >>>

Szanowni Państwo,
kontynuujemy prace nad systemem komentarzy i ich ocen. Wspólnie możemy sprawić, że nasze forum będzie miejscem przyjaznym i wolnym od agresji. Pomóżcie nam:
- nie dyskutujcie z trollami,
- jeśli widzicie komentarze, które powinny być skasowane -- zgłoście je moderatorowi, poprzez kliknięcie kosza przy wpisie.
- wpisy i uwagi do systemu moderacji przysyłajcie mailem na adres forum@wyborcza.pl
Dziękujemy.




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.