Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Teczki SB nigdy mnie nie interesowały. Do własnej nie zajrzałem i zaglądać nie chcę - częściowo znam jej zawartość z fragmentarycznych opowieści tych moich kolegów, którzy zaglądali tam ciekawie i których wysłuchiwałem właściwie wbrew własnej woli z wymuszonej grzeczności, ponieważ nie interesuje mnie pamięć zniekształcona w szkaradnie krzywym zwierciadle esbeckich zbiorów i esbeckiej psychiki.

Znałem tych, co na mnie donosili. Nierzadko byli porządniejsi ode mnie

W mojej własnej teczce zdarzają się podobno materiały przynoszące chwałę. Na przykład byliśmy kiedyś w trójkę - z Mirkiem Jasińskim i Ewą Trojanowską - przedmiotem konferencji Kiszczaka i jego czechosłowackiego odpowiednika, a zatem zaiste wysoki szczebel, a konferencja dotyczyła międzynarodowego spisku, który próbowano rozpracować na międzynarodowym poziomie - spiskowcy mieli zaś wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. No, zasłużeni jesteśmy. To była Solidarność Polsko-Czesko-Słowacka.

Wiemy dzisiaj, a wiedzieliśmy to już wtedy, kto nas wówczas sypał i skąd bezpieka znała nasze personalia. Sypał mianowicie nasz czeski kurier. Bardzo go lubiłem, choć w zasadzie nie było wątpliwości, że to agent, kiedy już pozbieraliśmy do kupy wszystko, co o nim wiedzieliśmy. Ale np. Mirek owego Staszka nie lubił, uważał go za szuję i sprzedawczyka. Po rewolucji od czeskich przyjaciół dowiedział się szczegółów, a więc np. tego, że Staszek sam zgłosił się do współpracy - chcąc po prostu zarobić. Nic w jego papierach nie dawało mu usprawiedliwienia, jego motywów nie dało się wyjaśnić w żaden ludzki sposób. Ale ja esbeckim papierom nie wierzę.

Ktoś kiedyś cytował mi fragmenty notatek Staszka, i ja się uśmiechnąłem, bo odżyło wspomnienie miłego spotkania z tym człowiekiem. Ale też miałem dość wyraźne poczucie, że Staszek wszystkiego nie napisał i - choć to żadnego sensu nie miało wobec tego, co napisał - nieco nas w swoich raportach oszczędzał.

To jedna z wielu sytuacji, w których nie śmiem ocenić człowieka, choć tu akurat sytuacja była bardzo jednoznaczna.

Znałem kilka innych osób, o których wiedziałem ponad wszelką wątpliwość, że donoszą na SB. Co więcej, że donoszą na mnie. Nie wyglądali na szczęśliwych - widać było, że w rzeczywistości przeżywają męki.

Ja natomiast czułem się świetnie w charakterze szlachetnego rycerza słusznej sprawy i na ogół dobrze się bawiłem. Nawet będąc nastoletnim szczeniakiem zdawałem sobie przecież sprawę, że tych ludzi zwerbowano z mojego powodu i że to oni płacą, a nie ja sam, za moje radosne uniesienie dzielnie walczącego patrioty. Czym natomiast płacą, mogłem się tylko domyślać - nie wyglądali na zwerbowanych po dobremu, raczej byli ciężko zastraszeni.

Znam ich jako ludzi skądinąd porządnych, nierzadko znacznie porządniejszych ode mnie i stanowczo nie życzę sobie, żeby dziś na nich wieszał psy jakiś np. chłystek, który z niejasnych przyczyn uważa się za niezłomnego i gromko to obwieszcza.

Esbecy byli różni. Głupki, karierowicze, ale też szuje i psychopaci

Pamiętam również swoje pierwsze zatrzymanie. Miałem 16 lat i jeszcze nie czytałem tych wszystkich poradników, które miały nieocenioną wartość i które pomagały przetrwać esbeckie sztuczki w trakcie przesłuchań.

Zatrzymano mnie z kolegą, którego przesłuchiwano równolegle.

Pamiętam, jak mi pokazywano jego rzekome zeznania, sugerując, że sam w tej sytuacji zeznając już nikomu nie zaszkodzę, a tylko mogę pomóc sobie. To pierwsze wspomnienie esbeckiej praktyki nauczyło mnie już na zawsze nie wierzyć żadnym esbeckim papierom.

Pamiętam również przesłuchującego mnie wtedy oficera, niejakiego Niesnera. Bardzo był szczęśliwy, ponieważ - jak mi radośnie oznajmił - byłem jego pierwszym "politycznym" przypadkiem. Poszedł do SB, bo chciał zostać superszpiegiem, a tropił dotąd jakieś nic nieznaczące gospodarcze przekręty, które zresztą na ogół tuszowano. Głupek, karierowicz, kompletnie nieświadomy znaczenia tego, co robi - żaden był z niego kat i żadna nawet szuja. Szuje się zdarzały, owszem, zdarzali się też psychopaci. Ale to była zbieranina ludzi bardzo różnych. Ten mój Niesner szybko awansował - za Solidarności był już kapitanem, jak Piotrowski.

Skoro zaś o Piotrowskim mowa. Był na KUL-u kiedyś Janusz Krupski, jeden z założycieli pisma "Spotkania". To było pierwsze w Polsce regularne wydawnictwo samizdatowe. Starsze niż Nowa i pisma KOR-owskie. Krupski zresztą się z KOR-owskimi środowiskami niezbyt lubił, ponieważ został przez nie niezbyt miło potraktowany i te środowiska potem odmawiały palmy pierwszeństwa jemu oraz całej bardzo zasłużonej grupie "Spotkań".

Krupski miał dramatyczną przygodę w stanie wojennym. Jesienią 1982 roku został złapany przez grupę Piotrowskiego po długotrwałym rozpracowaniu z użyciem całej grupy oficerów, mnóstwa podsłuchów, tajniaków, agentek pakujących się na rozkaz do łóżek itd. Krupskiego zamknięto po aresztowaniu w ośrodku internowania i zaraz wypuszczono - jak wszystkich internowanych, bo stan wojenny właśnie zawieszono i postanowiono wszystkich puścić. I Piotrowski się wkurzył - tyle pracy na nic. Z ks. Popiełuszką potem było tak samo.

Wiosną 1983 roku Krupskiego uprowadzono w Warszawie spod Dworca Centralnego, wywieziono do lasu, skatowano, polano czymś żrącym i porzucono, żeby skonał. Piotrowski się potem pieklił, bo jego podwładni - ci sami, którzy zamordowali Popiełuszkę - mieli Krupskiego utopić w pobliskim stawie, a nie zrobili tego w przekonaniu, że Krupski umrze i bez topienia.

Kto pracuje w nowej TVP: Co Pospieszalski wycinał z Krupskiego

Nieżyjący już Krupski - zginął w katastrofie smoleńskiej - był za poprzednich rządów PiS wiceministrem ds. kombatantów. Zajmował się ustawą dezubekizacyjną i niezależną od niej drugą ustawą, która przyznawała nadzwyczajne emerytury poszkodowanym opozycjonistom, którzy np. z powodu uwięzienia i zwolnień z pracy mieli nieciągły staż w ZUS-ie lub cierpieli nędzę z jakichś innych powodów.

Temat ekscytował bardzo redaktora Pospieszalskiego, który zrobił o tym jeden ze swych programów. Tak się złożyło, że będąc w finansowej potrzebie przypadkiem nająłem się jako montażysta do tej produkcji. Nie miałem telewizora i nie wiedziałem, co to za program. Jakieś "Warto rozmawiać" - no, pewnie, że rozmawiać warto, zawsze.

Pospieszalski - wbrew temu, czego chciał Krupski i co mu mówił w wywiadzie - optował za tym, żeby pieniądze zabrane katom, przekazać ofiarom. Krupski tłumaczył w nagranej przed programem rozmowie, że to by był odwet i że on tak nie chce. Pospieszalski to mu jednak z rozmowy wyciął.

Krupski opowiadał również historię swego uprowadzenia. Dramatów było w niej wiele - ten między innymi, że Piotrowskiemu niewiele zrobiono z powodu tej akurat zbrodni.

Krupski jednak podkreślał cały czas, że w tych latach takie przypadki należały do absolutnych i bardzo rzadkich wyjątków, a regułą było raczej w miarę poprawne traktowanie opozycjonistów. Pospieszalski to również wyciął. Miał zgoła inną tezę do przekazania i Krupski miał być w jego programie przedstawiony jako przypadek właśnie typowy. Program był bogato ilustrowany fragmentami filmu o rotmistrzu Pileckim. Sceny katowania itd. - Pospieszalski pokazywał, że metody były wciąż te same i od czasów stalinowskich nie uległy zmianie. W opowieści Krupskiego był np. fragment o koszuli, którą z niego w tym lesie zdarli. Wyjący z zachwytu Pospieszalski znalazł fragment filmu, w którym koszulę zdzierano z Pileckiego i polecił, żeby tę wypowiedź Krupskiego zilustrować właśnie tym obrazkiem.

- Te same metody, widzicie?! No, po prostu dokładnie te same - wrzeszczał podniecony tą koszulą jak fetyszysta.

Otóż ja stąd, i z innych montowanych z nimi odcinków wiem, że ten cały Pospieszalski to nie tylko dość żałosny głupek, ale również całkiem pospolita szuja. Wcale nie mniej głupi i nie mniej szujowaty od mojego kapitana Niesnera, którego znałem od jego esbeckiego dzieciństwa i potem przez kilka lat, bo on był obiektowym esbekiem Politechniki Wrocławskiej, a ja tam byłem studentem.

Ma Pospieszalski inny zawód, ale stara się znaczyć więcej niż marzący kiedyś o tropieniu wrogów ludu mój kapitan Niesner. I jest Pospieszalski zdecydowanie żałośniejszy. Sami tacy jak on pracują dziś w nowej ekipie Jacka Kurskiego i właśnie nadają w TVP cykl rewelacji o Bolku i zdradzie Okrągłego Stołu.

Wałęsa miał koszmarne wady jako lider ruchu, był fatalnym prezydentem. Okazał jednak swoją wielkość

Dobra, Wałęsa i teczki o nim. Nigdy specjalnie Wałęsy nie lubiłem. Jego wodzostwo drażniło mnie i uważałem je za niebezpieczne. Jego np. antysemityzm był skandalem. Jego kult w solidarnościowych środowiskach w latach osiemdziesiątych rujnował postawy demokratyczne. Otwarcie się temu wszystkiemu sprzeciwiałem, co sprowadzało na mnie oburzenie kolegów i ich zarzuty o kalaniu gniazda, profanowaniu narodowych pomników itd.

Charakterystyczne - ci, którzy wtedy naskakiwali na mnie z tej okazji najbardziej, należeli potem do pierwszych oburzonych sprawą Bolka. To samo dotyczyło obu braci Kaczyńskich, którzy przecież stali za Wałęsy "wojną na górze" u jej początków, wrzeszcząc gromko o uznaniu należnemu zwycięskiemu robotniczemu wodzowi, a nie jakimś inteligencikom zdradzającym ideały Sierpnia.

Już wtedy wiedzieli co prawda Kaczyńscy, że Okrągły Stół był początkiem układu sił niecnych, ale, że Wałęsa też zdrajca - to jeszcze nie. Kaczyńscy byli pierwszymi, którzy Wałęsę lustrowali.

Wałęsa miał koszmarne wady jako lider ruchu i był fatalnym prezydentem. Okazał jednak swoją wielkość, jak ją okazał Wyszyński w podobnych okolicznościach: w krytycznym momencie, internowany i poddany ogromnej presji, samotnie dźwigając odpowiedzialność trudną do wyobrażenia, powiedział "nie" - i dzięki temu historia Polski potoczyła się tak, a nie inaczej, czyli naprawdę dobrze.

Trzeba nie umieć myśleć, żeby twierdzić, że przywództwo Wałęsy było znaczone agenturalnym uwikłaniem. Było znaczone niezłomnością sprawdzoną w godzinie próby, panie i panowie niezłomni z PiS.

Ale żeby stwierdzać zdradę Wałęsy, trzeba być nie tylko głupkiem, ale i żałosną szują. Nie wiem, co o Wałęsie jest w teczkach SB. Historycy mówią, że bez wątpienia był Bolkiem. Być może, choć znając wiele historii agentów, ani specjalnie nie wierzę w sam fakt, ani tym bardziej w jego znaczenie.

Cóż, historykom należy ufać, kiedy konkludują rzetelne ponoć badania, ale historykiem jest również szef IPN i kiedy słyszę dziś, jak mówi, że po dniu oględzin IPN potwierdza autentyczność dokumentów, to mnie pusty śmiech ogarnia. Doprawdy? Sama analiza grafologiczna byłaby najszybszą, jaką kiedykolwiek widziałem. IPN raczej się kompromituje tego rodzaju stwierdzeniami - choćby się w końcu okazało, że papiery istotnie są prawdziwe.

Nie wiem, czy niezłomni tropiciele zdrady pamiętają, że ówczesna władza właśnie dokonała na Wybrzeżu zbrodni, a jej służby tropiły żyjących świadków, grożąc im śmiercią, jeśliby mieli nie tyle nawet nie poniechać oporu, co po prostu o tej zbrodni pamiętać. Nikt nie wie, czy podpisując ten lub inny papier, Wałęsa nie ratował po prostu życia. A jeśli ratował, to my to jego życie dzisiaj dobrze znamy - powinniśmy wiedzieć, że było po co i że go nie zmarnował.

Co robili wtedy niezłomni tropiciele zdrady?

Według wszelkiego prawdopodobieństwa niezłomni tropiciele zdrady - o ile są wystarczająco starzy, by tamte czasy pamiętać - powinni pamiętać także, co sami robili, kiedy np. udało im się dostać paszport, wyjechać na Zachód i potem ten paszport oddawać po podróży.

W czasach przed KOR-em normą były rozmowy z oficerem kontrwywiadu, objęte zobowiązaniem tajności. Nie znam nie tylko nikogo, kto by hardo tego odmawiał - nie znam przede wszystkim wielu takich, którzy by w tych rozmowach widzieli cokolwiek niestosownego.

Niezłomni patrioci powinni również pamiętać własne głosowania w wyborach, udział w pochodach pierwszomajowych i masówkach potępiających np. warchołów z Radomia w 76 roku. Spośród niezłomnych, np. Antoni Macierewicz w nich nie uczestniczył, a przeciwnie - organizował pomoc "warchołom". Ale ogromna większość spośród 10 milionów późniejszych członków "Solidarności" we wszystkim tym uczestniczyła. I w wielu innych rzeczach, które trzeba było robić, żeby dostać awans, przydział na mieszkanie, cokolwiek z bardzo wielu rzeczy niezbędnych do życia, które rozdawała wówczas władza i raczej rozdawała swoim, albo chociaż posłusznym. W krótkim momencie po Sierpniu wszyscy mieliśmy tego świadomość.

Ruch "Solidarności" zwał się jeszcze wtedy ruchem odnowy, także moralnej, a nie ruchem dekomunizacji i lustracji - i wtedy dobrze jeszcze pamiętaliśmy, że zaiste potrzeba odnowy istniała i dotyczyła każdego z nas. Kto by wtedy uważał się za "czystego" - a, owszem, tacy bywali, np. wspomniany już Macierewicz - ten był jak Robespierre: moralnym fałszem podszyty, arogancko gardzący nie dość czystymi bliźnimi i niebezpieczny.

Powszechny opór narodu gnębionego przez obcą mu władzę jest mitem, który w nielicznych tylko momentach zrywów stawał się prawdą, jak w Sierpniu.

Opór - czasem bohatersko - stawiała mniejszość. Najczęściej marginalna. I do tej mniejszości należał Lech Wałęsa - również wtedy, kiedy brał esbeckie pieniądze jako agent Bolek, o ile coś takiego w ogóle miało miejsce, ponieważ jednak pozwalam sobie nie dowierzać historykom, którzy zapewniając o rzetelności własnych ekspertyz źródłowych, jednak zapominają o rzetelności opisu tego, co w czasach, o których piszą było normą, co robili wtedy przyzwoici ludzie, jakiej presji bywali poddani, kto do kogo strzelał, kto był katem, a kto ofiarą itd.

Wrzeszczącym dzisiaj znowu o Bolku, albo rechoczącym radośnie mam do powiedzenia tyle: mali jesteście i żałośni, żaden z was Bolkowi do pięt nie dorasta - Bolek jest polskim bohaterem - nie tylko Wałęsa - a z was są pętaki. Dla was Pan Bolek.

* Paweł Kasprzak, opozycjonista w czasach PRL, współzałożyciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów, współpracownik Studenckiego Komitetu Solidarności, współtwórca Solidarności Polsko-Czeskiej (Czechosłowackiej), działacz "Solidarności" (RKW Frasyniuka), uczestnik Pomarańczowej Alternatywy,działacz założonego w 1985 r. ruchu Wolność i Pokój






Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.