Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł ogłosił wczoraj, na posiedzeniu sejmowej komisji zdrowia, wstrzymanie programu refundacji in vitro. Program skończy się w czerwcu 2016 pomimo tego, iż obecnie ponad 17 tysięcy par jest w procesie leczenia i trudno oczekiwać, iż taka masa ludzi w ciągu siedmiu miesięcy zdąży wykorzystać trzy przysługujące im podejścia in vitro. Szczególnie iż potrzeby chorych były tak duże, że w większości klinik już nie ma pieniędzy, bo przyjęto większą od zakładanej liczbę pacjentów.

Tak, niepłodność jest chorobą społeczną

W Polsce dotyka półtora miliona biednych i bogatych, wierzących i niewierzących, głosujących na PO i tych oddających swój głos na PiS. Nawet siostrzenicę pewnego biskupa, który niedawno pisał list do pewnego właściciela kliniki in vitro, prosząc o wciągnięcie swojej krewnej na listę refundacyjną. Prośba została spełniona. Kiedy bowiem chodzi o rodzinę i nowe dzieci w tej rodzinie, przestają obowiązywać partyjne barwy i publiczne afiliacje, a zaczynają się liczyć wartości bardziej ludzkie i apolityczne. Na przykład miłość i empatia. Kościół jest dla wielu Polaków ważny, ale świąteczny rosół zjedzony w rodzinnym gronie i symboliczna bliskość, która za nim stoi, są ważniejsze, bo niezbędne do życia. Nawet dla słuchaczy pewnego radia. Wiem, co piszę, bo jeden z wiernych słuchaczy tego radia jest dziadkiem, którego wnuk urodził się dzięki programowi refundacji in vitro, i zarazem moim krewnym.

Przez ponad 20 lat in vitro była ofertą dla zamożnych

Przez siedem lat pracowałam w Stowarzyszeniu na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian". Dzięki latom swojej pracy dowiedziałam się, że można wziąć kredyt i sprzedać samochód, aby zdobyć pieniądze na leczenie. Zapożyczyć się u lichwiarzy. Że można unikać rodzinnych wesel, ponieważ prezent dla nowożeńców oznaczałby uszczuplenie oszczędności uzbieranych na procedurę in vitro, a każda złotówka była na wagę marzenia o dziecku. Że czasem je się tygodniami jajecznicę, bo to oznacza obcięcie wydatków na życie i odłożenie większej ilości pieniędzy na leczenie.

Wydać kilkanaście tysięcy na in vitro to wyzwanie

Poznałam historię pary, która została rodziną zastępczą wiele lat temu, ponieważ nie było jej stać na in vitro, a pragnęła zostać rodzicami. Kiedy w lipcu 2013 roku w życie weszła refundacja in vitro, ci ludzie jako pierwsi zgłosili się po swoją szansę. Dziś tworzą rodzinę zastępczą dla pięciorga dzieci i rodzinę biologiczną dla córki urodzonej dzięki programowi refundacyjnemu. Ta dziewczynka, nazwijmy ją Kasią, to jedno z 3700 dzieci, które się urodziły się dzięki temu programowi. Znam Kasię i znam setki innych dzieci, a także wiem jedno: wiele z nich nie przyszłoby na świat, gdyby ich rodzice nie otrzymali dofinansowania leczenia. Wydać kilkanaście tysięcy złotych na pełen program in vitro to wyzwanie, które jest w zasięgu ręki tylko najbogatszych chorych. Przez ponad 20 lat metoda in vitro była ofertą dla ludzi zamożnych, co najwyraźniej nikogo nie kłuło we wrażliwe społecznie serce, choć uzależnianie dostępu do leczenia od dochodów powinno być wstydem dla każdego polityka.

Leczcie się za swoje!

Słyszałam za to wiele razy, że Polski nie stać na kaprys, jakim jest refundacja in vitro. Niepłodność zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia jest chorobą, a walka o bycie rodzicem nie jest kaprysem, jednak z ekonomicznego punktu widzenia ważniejsze jest to, że osoby niepłodne są takimi samymi podatnikami jak każdy. Jak minister Radziwiłł, ojciec sześciorga dzieci. Politycy nie udzielają nam łaski i nie obdarzają nas przywilejami. My na swoje leczenie pracowaliśmy i pracujemy. Nie wiem, skąd wzięło się w debacie publicznej idiotyczne przekonanie, że "Państwo daje".

Państwo nic nie daje

To MY, każdy pracujący obywatel RP, dajemy państwu, a państwo następnie dystrybuuje środki uzyskane od obywateli. Co więcej, podatki płacone solidarnie przez ludzi niepłodnych idą również na szkolnictwo, z którego wszakże nie skorzystają ich własne dzieci, bo ci ludzie ich nie mają. Na przychodnie pediatryczne, na place zabaw, na całą rodzicielską infrastrukturę. Dziś się okazuje, że solidarność podatkowa niepłodnych jest nadal oczekiwana, ale sprawiedliwości w dystrybucji środków na leczenie nie będzie. Możemy się za to leczyć za swoje. Świetnie. Czy wobec tego zwolnicie nas Państwo, polski rządzie, z obowiązku dokładania się do przedszkoli i do leczenia Waszych dzieci? Czy też logika kaprysu będzie działać jednotorowo?

500 zł na każde dziecko

To jest ten lep, którym kusi się dziś wielu obywateli. Wprawdzie eldorado 500 złotych okazuje się mieć coraz więcej wykluczających warunków i nie każdy się do niego dostanie, ale sama idea jest imponująca. Stoi za nią nie tylko przekonanie o wsparciu polskich rodzin, ale też nadzieja, że rodziny będą się chciały prokreować wiedzione zapewnieniem regularnego, finansowego bezpieczeństwa. Jest tylko jeden kruczek. Ludzie dopiero rozważający bycie rodzicami myślą o tym najczęściej w dość mglistej i wieloletniej perspektywie. Naprawdę sądzicie, że 500 złotych przekona ich do decyzji o dziecku?

Ludzie niepłodni wiedzą, że chcą być rodzicami

Są gotowi tu i teraz podnosić wskaźniki demograficzne, co więcej, są wydolni emocjonalnie i wychowawczo, aby zostać rodzicami. Ich przyszłe dzieci są chciane i kochane jeszcze przed poczęciem. Te rodziny nie potrzebują zachęty w postaci 500 złotych co miesiąc, aby dać się przekonać. Są przekonane. Potrzebują jedynie redystrybucji 7150 zł, które Ministerstwo Zdrowia wyasygnuje na ich leczenie i przekaże klinice, a które sami już zapłacili ze swojej składki zdrowotnej. Minister Zdrowia powiedział wczoraj, że tych pieniędzy nie będzie, a program nie doczeka się kontynuacji. Zupełnie, jak gdyby były to jego pieniądze. Nie, panie Ministrze. To są nasze pieniądze, nasze zdrowie i nasze dzieci, które się nie urodzą.

* Anna Krawczak, Stowarzyszenie na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian". Stowarzyszenie jest Organizacją Pożytku Publicznego, działającą na rzecz osób dotkniętych problemem niepłodności. http://www.nasz-bocian.pl/i>

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.