Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Za pośrednictwem "Gazety Wyborczej"
do Świeckiego Katolika piszącego list do Polskich Biskupów,
Już wiele razy, oburzona lub wzruszona jakąś sytuacją bądź wypowiedzią, obiecywałam sobie, że nie pozostanę obojętna i dam pisemnie (bądź telefonicznie) wyraz swojej opinii. Do tej pory jednak kończyło się na dobrych chęciach (którymi - jak wiadomo - piekło wybrukowane), bo nie starczało mi determinacji. Tym razem jednak spróbuję wyrazić swoje zdanie, bo sprawa miejsca Kościoła katolickiego w życiu współczesnych Polaków i to, jak ten Kościół zmienia się na przestrzeni ostatnich lat, już od dłuższego czasu budzi moje żywe zainteresowanie i - mówiąc wprost i trochę kolokwialnie - podnosi mi ciśnienie.

Mam 57 lat, wyższe wykształcenie techniczne, mieszkam w dużym wojewódzkim mieście, mam udaną rodzinę (męża, dzieci i wnuki), jestem wierzącą i praktykującą katoliczką. W każdą niedzielę i święta uczestniczę we Mszy Św., często przystępuję do komunii, corocznie (od kilkunastu lat) wpłacamy (z mężem) pewne kwoty na Caritas Polska, od kilku lat także na budowę Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się", a ostatnio na budowę nowego kościoła parafialnego. Uważam, że jestem człowiekiem wrażliwym, szanującym ludzi. Nie piszę tego, aby wystawiać sobie laurkę. Chcę tylko uniknąć podejrzeń, że oto wypowiada się jakiś "komuch", zajadły wróg Kościoła katolickiego i jego wyznawców. Wręcz przeciwnie - próbuje się wypowiedzieć osoba, której dobro tego Kościoła bardzo leży na sercu.

To, co od jakiegoś czasu obserwuję w wypowiedziach i działaniach hierarchów kościelnych i duchownych, napawa mnie coraz większym smutkiem, zażenowaniem, a ostatnio także złością. Wielokrotnie dyskutowałam o tym ze znajomymi, równie wzburzonymi jak ja. Podpisuję się pod każdym zdaniem wydrukowanego w weekendowym wydaniu "Gazety Wyborczej" listu Świeckiego Katolika do Polskich Biskupów. Sama nie potrafiłabym tego lepiej ująć, ale to szczera prawda i tzw. gołe fakty.

Odnosząc się do postępowania księży/duchownych, których spotkałam na swojej drodze, muszę stwierdzić, że w poprzedniej mojej parafii proboszczem był ksiądz mieszkający na plebanii z partnerką i ich wspólnym, dorosłym już synem. Fakt ten był znany wielu parafianom, a pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że najczęstszym tematem jego kazań były "połajanki" i krytyczne uwagi pod adresem wiernych, którzy to - w całej swojej masie (nie chodziło o konkretne przypadki) - nie byli dość doskonali i przykładni.

Kazań słuchało mi się dobrze, bo proboszcz był bardzo inteligentną osobą, czułam jednak pewien dysonans, patrząc na niego, myśląc o jego życiu prywatnym i słuchając jego słów. Kilka lat temu nasi znajomi "gościli" przez kilka miesięcy polskiego misjonarza, który przyjechał do Polski (z któregoś z afrykańskich krajów) ze swoją czarnoskórą przyjaciółką i ich wspólnym małym dzieckiem. Przeczekał w Polsce jakiś czas, a potem został wysłany (wraz z najbliższymi) na misję do Wielkiej Brytanii.

Fakty te przyjmowałam z wyrozumiałością - wszak duchowni są tylko ludźmi, potrzebują ciepła i mogą zbłądzić, wszak "kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem".

Gdy jednak słyszę teraz połajanki, straszenie ekskomuniką i generalnie zaostrzający się ton wypowiedzi biskupów, a jednocześnie obserwuję - w dalszym ciągu obowiązujące w Polsce - zamiatanie pod dywan np. sprawy pedofilii księży i sytuacje podobne do wcześniej przeze mnie opisanych, to jestem coraz bardziej oburzona taką dwulicowością. Mam rozumieć , że księżom wszystko wolno, bo zostali do swej posługi "namaszczeni", a tymi bogobojnymi i bez skazy mają być tylko wierni?

Mam to szczęście, że w mojej parafii ksiądz bardzo sporadycznie nawiązuje do polityki, wyborów - parlamentarnych czy prezydenckich itp. - i robi to w sposób bardzo delikatny, zawoalowany. W trakcie kazania z zasady omawia i przybliża wiernym treści czytanej wcześniej Ewangelii, pomaga zrozumieć jej przesłanie. I tak chyba powinno być. Znam jednak ludzi, praktykujących i zaangażowanych katolików, którzy - uciekając przed nachalną polityką - szukają innych kościołów niż parafialne, aby w spokoju i skupieniu uczestniczyć we Mszy Św. Czy tak powinno być?

Polityka przewija się w różnych wypowiedziach hierarchów kościelnych, sugestie - wyrażane wprost i jednoznacznie - na kogo powinien głosować porządny katolik, są już praktyką nagminną. Gdy jednak przedstawiciele tego Kościoła, w czasie Mszy Św. odprawianej w intencji ustępującego prezydenta RP, przeprosili go za kalumnie i paszkwile wypowiadane pod jego adresem - jeden z nich został wezwany "na dywanik" do zwierzchnika, bo przecież Kościół nie może się mieszać do polityki. Cóż za obłuda!

Posłowie - także PIS-u - którzy kilka lat temu głosowali za wynegocjowaną z trudem i mozołem treścią ustawy antyaborcyjnej, dopuszczającej przerywanie ciąży z powodów zdrowotnych i trwałego uszkodzenia płodu, nie byli ekskomunikowani ani nie zamykano im możliwości przyjmowania komunii świętej. Przeciwnie niż teraz czyni się z posłami, którzy podpisali się pod ustawą o in vitro.

Co hierarchowie kościelni - i wspierani przez nich politycy z "jedynej słusznej partii" - zrobili z byłym prezydentem RP Bronisławem Komorowskim? Jedna z ikon walki o niezawisłość Polski, człowiek odważny w czasach, gdy wielu nie śniła się nawet możliwość upadku ZSRR, osoba z wielodzietną, uczciwą i porządną rodziną, która zawsze postrzegana była jako gorliwie wierząca i praktykująca - nagle stała się (już kilka lat temu, po "zamachu smoleńskim") niegodna, obrażana, wręcz wyszydzana.

A jak te wypowiedzi i wiele innych słów rzucanych pod adresem Polaków niebędących wyznawcami ojca Rydzyka, "jedynej słusznej partii" i teorii spiskowej o zamachu smoleńskim ma się do drugiego, największego (według Ewangelii) przykazania: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"? Czyżby duchowni o nim zapomnieli?

Rozmawiałam wczoraj z siostrą, która była uczestniczką niedzielnej, corocznej pielgrzymki kobiet do Piekar Śląskich. Była zbudowana atmosferą szacunku dla człowieka, który wyrażał się w słowach abp. Skworca czy nuncjusza apostolskiego. Z ulgą odnotowała fakt, że pielgrzymka wolna była od nachalnych treści politycznych. To już do tego doszliśmy, że to, co powinno być normą w naszym Kościele katolickim, stało się ewenementem?

Mam często wrażenie, że duchowni mają swoich wiernych za osoby bezrozumne, które same nie potrafią myśleć, kojarzyć faktów, wyciągać wniosków, a całą wiedzę o świecie czerpią z kazań, listów pasterskich i prasy katolickiej. Ale przypominam, że mamy XXI wiek i dostępność różnych gazet, internetu jest powszechna, możemy się kontaktować z różnymi ludźmi i zestawiać informacje z różnych źródeł. Niektóre zachowania i twierdzenia duchownych uwłaczają mojej - choćby średniej - inteligencji i zdolności kojarzenia faktów.

Słyszałam również opinie - z kręgów podobno głęboko katolickich - że wybór papieża Franciszka to była pomyłka i nieporozumienie, które trzeba będzie naprawić. Rozumiem, że dogmat o nieomylności papieża jest prawdziwy tylko wtedy, gdy głosi on prawdy zbieżne z naszymi, w pozostałych przypadkach nie musimy się już jego nauczaniem przejmować?

Skoro już o Stolicy Piotrowej mowa. Nasi hierarchowie cytują bardzo często słowa naszego papieża, św. Jana Pawła II, postaci niewątpliwie wyjątkowej, pełnej miłości, ciepła i współczucia, szczególnie dla nas, Polaków - nie do zastąpienia. Mam jednak wrażenie, że nic z ducha jego nauki nie zrozumieli.

Z bólem obserwuję to, co się dzieje z naszym Kościołem, jak traci umiejętność szczerego i jasnego przekazu w kontaktach z młodzieżą (dokładniej - z jej dużą częścią), także dlatego, że brakuje mi już argumentów na jego obronę w rozmowach np. z moimi dorosłymi już dziećmi, których droga coraz bardziej rozmija się z Kościołem instytucjonalnym w Polsce.

Reasumując. Czuję się czasami "wypychana" z Kościoła, z którym - jako świadoma osoba - jestem związana już dobre 50 lat. Marsze i pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja są nagłaśniane, widoczne w środkach masowego przekazu, duchowni uważają - w znakomitej swojej większości - że to właśnie ci wierni są ostoją naszego Kościoła i najliczniejszą grupą jego wyznawców. Brakuje mi możliwości zebrania się, podpisania pod jakimś wspólnym stanowiskiem czy innego sposobu pokazania, że jest w Polsce duża grupa osób wierzących, którym coraz ciężej się odnaleźć w tym opresyjnym, nieprzyjaznym człowiekowi i upolitycznionym Kościele.

Pozostając z nadzieją, że jest nas całkiem pokaźne grono, dziękuję za umieszczony na łamach "Gazety Wyborczej" list i łączę serdeczne pozdrowienia.

PS Nie zdążyłam jeszcze wysłać mojego listu, weszłam na Onet.pl i czytam wypowiedź bp. Deca dla "Naszego Dziennika" nawołującą do krucjaty w intencji prezydenta Dudy, m.in. ze słowami: "rozpędzająca się kampania nienawiści" wobec niedawno zaprzysiężonego prezydenta Andrzeja Dudy to zjawisko "niepokojące i przykre". I dalej sama polityka. Ręce opadają. My chyba żyjemy w innej rzeczywistości, bo ja słyszałam i czytałam wiele inwektyw pod adresem byłego prezydenta (o czym pisałam wcześniej), obecny spotyka się co najwyżej z krytyczną oceną swoich obietnic wyborczych i życzeniami, aby był faktycznie prezydentem wszystkich Polaków. Takie wypowiedzi chyba mają na celu "zaklinanie rzeczywistości" i wywołanie niepochlebnych komentarzy.

Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.