Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ten rak w opisie jest istotny. Kiedyś, zanim ojciec zachorował, czytałam fajny i dobry wywiad z nieżyjącym już Krzysztofem Krauzem. Powiedział w nim kilka ważnych rzeczy, niektóre z nich z przyczyn obiektywnych były dla postronnych niezrozumiałe; w każdym razie nie do końca.

Uderzyło mnie banalne zdanie, które po śmierci ojca miało do mnie wielokrotnie wracać wcale niebanalną praktyką: "Nie mam czasu na rzeczy mało ważne, rozmowy mało ważne i ludzi mało ważnych". Początkowo zapachniało pychą - Krauze tłumaczył w ten sposób ograniczenie swojej publicznej aktywności. Słowa te były jednak wypowiedziane w czasie, gdy reżyser sam walczył z rakiem i nie chciał ani minuty tracić z tego, co ma. To nie był histeryczny wyścig z czasem, który pozostał, ale optymalne wypełnienie "teraz", intensywne skupienie.

Mój ojciec walczył dwa lata, choroba odebrała mu sporo (fizycznej) godności, zadała ogrom bólu, kazała sobie radzić z bezradnością, do której nie był przyzwyczajony; on - niegdyś silny, mocny.

Byłam zawsze córeczką tatusia. Ojciec był człowiekiem ciężkiej pracy fizycznej, w trudnych latach 80., gdy byłam jeszcze dzieckiem, ojcem często nieobecnym - pracował na dwie zmiany, by wystarczyło na dwójkę dzieciaków, na ich edukację i kolejny regał książek. Nie przekazał mi jakichś uniwersalnych prawd, nie prowadziliśmy "ważnych rozmów"; po prostu był - czasem surowy i karzący, ale zawsze kochający. W dzieciństwie był dla mnie absolutnie najważniejszy.

W czasie gdy chorował, nie prowadziliśmy rozmów o raku. Rozmowy były inne. Ale prawdziwsze niż kiedyś.

Kilka z nich, dwie lub trzy, niesie ogromny ciężar gatunkowy, zwłaszcza jedna, którą odbyliśmy po jego ostatniej operacji, bardzo skomplikowanej, zakończonej skuteczną na szczęście reanimacją. Tę rozmowę mam w sercu, pod skórą, w głowie. Nic specjalnie odkrywczego - siedzieć przy szpitalnym łóżku, przy ojcu, który wrócił do życia, trzymać jego ciepłą dłoń, usłyszeć: "Ewunia, już mnie nie boli". I kilka zdań jeszcze z obu stron, które były niemal fizycznym doświadczeniem dobra - ale to już między nami zostanie.

Tak więc zupełnie poza świadomością, bezwiednie ojciec nauczył mnie zrozumienia i praktykowania słów Krzysztofa Krauzego. Ociosałam moje życie z głupot, błahostek, zadbałam o relacje z ludźmi, którzy są mi naprawdę bliscy. Dzięki ojcu dopiero teraz (ale wreszcie!) bliska staje mi się matka, którą kocham, ale z którą wcześniej nie stworzyłam dobrej relacji. Bardzo cenię czas.

Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.