Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Większość absolwentów wyższych uczelni w pierwszej pracy dostanie około 1,6 tys. zł na rękę, o ile w ogóle znajdzie zatrudnienie - napisaliśmy w "Wyborczej" w tekście o "pokoleniu 2 tys. brutto".
Tekst spolaryzował opinie. Pojawiły się głosy o roszczeniowości młodych. Jedni komentatorzy martwili się nie sytuacją absolwentów, ale 30-latków z dziećmi.
Inni alarmowali, że sprawa pokolenia 2 tys. brutto jest kluczowa i pilna do załatwienia.
Głos zabrali też młodzi: Lenie z pretensjami czy ofiary rynku?.

Poniżej publikujemy kolejne listy absolwentów, którzy zabierają głos w naszej dyskusji.

Wyjechałam. Teraz stać mnie na wiele, np. ciepłą kurtkę na zimę

Czy chcieć z całych sił wyjechać za granicę do pracy, to jest coś, czym można się pochwalić?

Jestem absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Studia ukończyłam prawie dwa lata temu i o wiele za późno. Mam stopień magistra i żałuję, że nie skończyłam edukacji na licencjacie, zaoszczędziłabym czas. A tak zdobyłam dyplom, który niestety jest mi do niczego potrzebny, a i tak skończyłam za granicą.

Przez całe studia pracowałam, co u nas w Polsce jest przecież normalne. Zarabiałam 6 zł na godzinę w pseudo restauracji, gdzie o napiwkach można pomarzyć, bo klienci zamawiają przy ladzie, a jedzą na tak zwanym "foodcorcie"(oczywiście przez 6 lat nawet stali klienci nie domyślili się, że napiwek można zostawić na ladzie).

Do tego ostro się uczyłam, żeby mieć powód do dumy (dyplom) i otworzyć sobie drzwi do wymarzonej kariery. Zatem: nieprzespane noce przez naukę i brak koncentracji na zajęciach przez myślenie o pracy (czy dobrze policzyłam pieniądze w kasie? czy znów będę musiała oddawać 100 zł z wypłaty wynoszącej 400 zł na miesiąc!).

Trzeba też było zdobywać doświadczenie w zawodzie. Udało mi się nawiązać współpracę z lokalnym radiem. Radość była ogromna! W końcu! Zostanę dziennikarką, reporterką... Owszem, zostałam. Charytatywnie. I tak pracowałam za darmo w radiu przez dwa lata, zarabiając jeszcze w pseudorestauracji (bo kasę skądś trzeba było brać) i do tego kończąc studia.

Przyszłość widziałam w szarych barwach, moim nowym marzeniem był wyjazd za granicę.

Pracę dostałam tam od razu, dobrze płatną, stać mnie na wiele (np. ciepłą, porządną kurtkę na zimę, dobry krem do twarzy, o leki), a utrzymuję się sama. Odkładam co miesiąc do koperty tyle, ile w Polsce musiałabym odkładać pół roku przy pensji 1500 zł.

Czy się chwalę? NIE! Nie ma czym! Jestem sprzątaczką, a żyję godniej niż niejeden kierownik w Polsce.

Czy jestem z pokolenia 2000 zł? Jak większość moich kolegów ze studiów mogliśmy o takiej kasie pomarzyć. Jestem z pokolenia "wyjeżdżam za granicę", bo chcę, bo tam jest lepiej, bo tam dopiero żyję.

Pytanie tylko, czy taka ma być kolej rzeczy? Czy to tutaj mamy zakładać rodziny, firmy, czy to tutaj mamy płacić podatki?
Anna S.

Zarabiać z dala od bliskich, czy skazać się na dorywczą pracę latami?

W tej dyskusji o pokoleniu 2 tys. brutto, mój wzrok przyciągnął wyraz: "roszczeniowość". Dokładnie tak o mnie powiedziano po rozmowie kwalifikacyjnej w Krakowie w dużej korporacji. Pani z HR była i tak uprzejma, bo dała mi feedback z rozmowy, normalnie tego nie robią.

Dostałam pracę w innej korporacji, nawet lepszą, bo ma elementy księgowości, co mnie interesowało.

Teraz mam umowę aż na pół roku! I drżę każdego dnia, że przyjdzie team leader i z nieznanych mi powodów zwolni mnie.

Mam teraz do wyboru, być byle kim z dala od rodziny w UK, ale zarabiać godnie, lub być wiecznie bezrobotna w Polsce z okazjonalną pracą. I nikogo nie obchodzi, nawet rządu z jego pomysłami na młodych, że w moim kraju nie mam stabilnej pracy, by zarobić na ratę za własne mieszkanie.
Barbara z Krakowa

Kocham mój kraj, mój dom i moje koty, ale wyjadę

Po maturze wyjechałam za granicę, niby na chwilę, ale chciałam tam zostać. Niestety zadzwonili rodzice, babcia, wujek - nakazali wracać na studia. To, co czuję dziś, jako magister po 5 latach studiów, to frustracja, wypalenie i chroniczne zmęczenie. Żałuję, że 5 lat temu nie zostałam w Irlandii.

Rano była uczelnia, popołudnia i weekendy w pracy, ot zwyczajnie w restauracji z kurczakami. Praca, w większości fizyczna, najczęściej do późnej nocy za marne grosze. Klienci traktowali młodych jak popychadła: teksty typu "trza się było uczyć, to byś tu nie pracowała", były na porządku dziennym.

Wakacji żadnych przez 5 lat. Prócz pracy: wolontariat, staż, praktyki, aby zdobyć doświadczenie. Dobre CV. Angielski w normie, ale bez rewelacji, bo czasu nie starczyło na szlifowanie języka, a wakacje za granicą ostatnie były po maturze.

A wszystko przez to, że moi rodzice są magistrami. W "tamtych czasach" czuli się elitą, każde wspomnienie o "tamtych czasach" emanowało ciepłem i szczęściem, a przyjaźnie z tamtych czasów pozostały. Zostałam wychowana w poczuciu, że to, co najlepsze w życiu, wydarzy się na studiach.

W miejscu, gdzie robiłam staż i miałam szanse na pracę w zawodzie, o co tak walczę, wszedł w życie przepis, że osoba nowo zatrudniona musi mieć 2 lata doświadczenia...

Obiecaliśmy sobie z mężem, że dajemy sobie dwa lata od skończenia studiów, aby móc normalnie żyć (a luksusów nie oczekujemy), a jeśli nie, to jedziemy za granicę.

Nie muszę chyba dodać, że już przeglądam oferty i pytam znajomych.

Nie chcę wyjeżdżać, bo kocham mój kraj, mój dom i moje koty. Ale chcę przede wszystkim godnie żyć.
sfrustrowana

Postawiłem na dobry zawód, i studiuję zaocznie. Jestem 5 lat do przodu

Mam 20 lat, skończyłem technikum logistyczne i podjąłem studia logistyczne. Zaocznie, na państwowej uczelni. Na co dzień odbywam półroczny staż w dużej międzynarodowej firmie logistycznej.

Staż mam na stanowisku asystenta spedytora krajowego. Kto pracuje w tym fachu, wie, jak istotne jest w nim doświadczenie. Na staż dostałem się z urzędu pracy, bo to była jedyna droga do tego zawodu. Po stażu mam zagwarantowaną umowę o pracę na kolejne pół roku, ale patrząc po moich kolegach z pracy, to każdy prawie w tej firmie zaczynał tak jak ja na stażu, a potem zostawał na dłużej.

Więc nie mówcie, że się nie da! Trzeba chcieć, nikt nam nie da nic za darmo, o wszystko trzeba walczyć, ale liczą się chęci.

Przewagę zyskałem przez to, że nie szedłem tak jak moi koledzy do świetnego liceum, a wybrałem najzwyklejsze technikum, bo miałem świadomość, że im szybciej wystartujemy na rynku pracy, tym dla nas lepiej. Koledzy są na renomowanych kierunkach studiów, na dziennych, ciągle słyszą jakie perspektywiczne kierunki studiują. Ale większość z nich, w moim wieku, może poszczycić się co najwyżej pracą jako ochroniarz w Rossmanie czy innej Naturze.

Może i tracę coś z najlepszych lat studiowania, nigdy nie poznam prawdziwego studenckiego życia; dzisiaj pracuję za 1000 zł miesięcznie, ale mam świadomość, że szybko wszedłem na rynek pracy, i jak już za 5 lat dorobię się tytułu magistra inżyniera logistyki, to będę o te 5 lat do przodu, w porównaniu z tymi, którzy dzisiaj są na pierwszym roku studiów dziennych.
Arkadiusz



Zapraszamy na warsztaty!

W ramach "Projektu: Praca" od października do grudnia na uczelniach wyższych organizujemy warsztaty dla studentów i absolwentów mające pomóc im w zdobyciu umiejętności niezbędnych do sprostania oczekiwaniom pracodawców. Tematyka warsztatów obejmuje m.in. aktywne poszukiwanie pracy, autoprezentację czy przygotowanie dokumentów aplikacyjnych. Pierwsze warsztaty odbyły się już w Lublinie, Gdańsku oraz Rzeszowie. Relację z nich można przeczytać w dzisiejszej "Gazecie Praca". Kolejne warsztaty odbędą się:

* 12 listopada w Bydgoszczy - zapisz się!

*13 listopada w Toruniu - tu możesz się zapisać.

Całą dyskusję o "pokoleniu 2 tys. brutto" znajdziecie >>>TUTAJ

Należysz do "pokolenie 2 tys. brutto"? Masz doświadczenia z ludźmi z tego pokolenia? Czy naprawdę stoją przed wyborem wyjazd za granicę lub dorywcza, kiepsko płatna praca w Polsce? Napiszcie: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.