Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ostatnio, przeglądając stare zeszyty, zdałam sobie sprawę, że posiadam wprost setki niewysłanych listów. Pisałam je z nadzieją, że mogą one zmienić coś w Polsce, na świecie czy nawet w życiu pojedynczej osoby. Niestety, w natłoku spraw i codziennych problemów zapomniałam o nich albo raczej opuściła mnie wiara w rolę jednostki w historii. Kiedy teraz to wszystko analizuję, widzę, że to nie wiara opuściła mnie, tylko ja ją. Bo co może zmienić nawet najbardziej zdeterminowana 15-latka?

Na to pytanie staram się sobie odpowiedzieć od lat i chyba wciąż nie znalazłam na nie odpowiedzi, wciąż nie w pełni pojęłam, co znaczy pojęcie "zmiana". Jednakże moja wiara powróciła 10.10.14, kiedy Malala Yousafzai została laureatką pokojowej Nagrody Nobla. Zrozumiałam, że zmiana zaczyna się w nas samych. Zaczyna się, kiedy otwarcie przed sobą, a także innymi przyznamy, że chcemy jej dokonać. Malala kiedyś powiedziała: "Kiedy cały świat milczy, nawet jeden głos staje się potęgą". Idąc tym tropem, jak wielkie rzeczy można osiągnąć, współpracując z ludźmi, którym przyświeca jeden cel?

Na moim osiedlu, jeden dom ode mnie, zawsze mieszkali dwaj Panowie: Pan X i Pan Y. Są to ludzie niezwykle inteligentni, sympatyczni, a co najważniejsze, mają dobre serca. Są parą od 20 lat, bardzo się kochają. W czasie kiedy tak wiele małżeństw decyduje się na rozwód, oni, którzy nie mają żadnego prawnego potwierdzenia związku, trwają razem już dwie dekady. Moi sąsiedzi to bardzo dobrze wykształceni patrioci. Z dumą kultywują polską tradycję i kulturę. Jednakże ich Ojczyzna, której są oddani i którą się szczycą, nie akceptuje ich, nie zapewnia im podstawowych praw. Co więcej, pozwala, aby inni bezpodstawnie ich obrażali i oskarżali o brak moralności. W takich sytuacjach nasuwa mi się pytanie: kto tu jest niemoralny? Dwóch wartościowych ludzi darzących się bezwarunkowym uczuciem czy politycy zasłaniający swoje uprzedzenia i braki w edukacji religią i zaburzonym systemem wartości?

Jeszcze dzisiaj spytałam rodziców, czy uważają, że nasi znajomi doczekają dnia, kiedy zostaną im przyznane należne im prawa. Zgodnie odpowiedzieli, że nie. Ja nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie tak jednoznacznie, ponieważ potrafię sobie taki dzień wyobrazić. Kiedy o nim myślę, mam jego obraz przed oczami. Jeśli potrafię go stworzyć w głowie, to jest to pierwszy krok, aby wcielić go w życie. Martin Luther King też miał marzenie, które udało mu się spełnić dzięki temu, że cały czas wierzył w możliwość jego urzeczywistnienia.

W przyszłości chciałabym zostać obrończynią praw człowieka, lecz na początku muszę skończyć studia, zdobyć pracę, a przede wszystkim dojść do pełnoletności. Obawiam się, że do tego czasu Pan X i Pan Y mogą zbliżać się do wieku 90 lat, co oznacza, że to moi rodzice mieliby rację. Mimo wszystko ja jednak nieprzerwanie wierzę w dzień, w którym w naszym kraju każdy człowiek poczuje się w pełni wolny i nikt nie będzie traktowany jak obywatel drugiej kategorii. Pisząc to, uśmiecham się, gdyż teraz mam już pełną świadomość tego, że urzeczywistnienie naszych marzeń zależy jedynie od nas samych.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.