Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Po przeczytaniu artykułu o nocy spędzonej na poszukiwaniu tabletki "dzień po" chętnie podzielę się moją historią.

Miesiąc temu przeszłam podobną mękę przez lekarzy i kolejne zamykane przede mną drzwi. Wszystko zaczęło się od pękniętej prezerwatywy w dni płodne. Wiedziałam, że trzeba działać szybko.

Jestem studentką, więc zaczęłam szukać pomocy w przychodni akademickiej. Myślałam, że skoro jest ośrodkiem przeznaczonym dla studentów, nie spotkam się z odmową. Nic bardziej mylnego. Owszem, pani doktor wiedziała, o co chodzi, co to za lek. Nawet przyznała, że faktycznie taka pigułka "mogłaby się przydać" w opisanej przeze mnie sytuacji. Jednak nie może mi jej przepisać. Na pewno nie od tak. "Czy aby na pewno wie pani, co to za leki? Po nich może pani umrzeć, już lepiej mieć dziecko".

Otrzymałam skierowanie na badania krwi i moczu, a gdy wszystko będzie ok., będzie i recepta. Dopiero po wyjściu z gabinetu dotarło do mnie, że jest piątek, godzina 12. Laboratorium nie działa w weekendy. Wynik dostanę najszybciej we wtorek, gdy będzie już za późno...

Kolejny przystanek - Zespolony Szpital Wojewódzki. Pielęgniarka, izba przyjęć: "Niestety, u nas w Toruniu lekarze nie mogą wypisać tych leków. Decyzja dyrekcji. Proszę więcej tu nie przychodzić".

Przychodnia wojskowa. Tu udało mi się dostać do lekarza. Odmawia, gdyż jest rozliczany z każdej recepty, a tu nie ma podstaw do wypisania TAKIEJ tabletki. Wymienianie nazwy jest chyba zabronione. Polecił mi jednak udać się do nocnej opieki.

Wieczór. Dzwonię do nocnej opieki. Pielęgniarka przez telefon nie może udzielać informacji na ten temat. Poleca przyjechać. Z nadzieją jadę na koniec Torunia. Tylko po to, żeby usłyszeć od tej samej pielęgniarki, że w nocnej lekarze nie wypisują, bo nie mogą. Nie wypada. Podaje nazwiska dwóch lekarzy, którzy udostępniają swoje dane na stronie dotyczącej wpadek: "oni są znani z tego"... Faktycznie, istnieją. Przyjmują prywatnie, ale na szczęście w soboty.

Lekarz nr 1, rejestracja. Pielęgniarka rozumie, o co chodzi, i pani doktor wypisuje takie recepty, ale tu zapisy są z miesięcznym wyprzedzeniem, więc nie może mnie przyjąć. Ale przecież to wyjątkowa sytuacja, ja poczekam, nie ma problemu. Nie, pani doktor ma plany na weekend. Proszę poszukać w innym miejscu.

Lekarz nr 2, modna, nowoczesna przychodnia. Wchodzę do gabinetu. Od razu mówię, po co przyszłam i że mi się spieszy. Pan doktor nalega na rozmowę. Jest sympatyczny. Prosi o opisanie sytuacji, pyta o antykoncepcję, pokazuje broszurki. A po 20-minutowej rozmowie mówi, że dziękuje za wizytę, prosząc o 100 zł, ale recepty nie wypisze, uznając mnie za zdolną do urodzenia potomstwa. Wychodzę, nie płacąc.

Gdzie ja mieszkam? Czy naprawdę w XXI wieku w tym paskudnym mieście nikt mi nie pomoże? Na szczęście obok Torunia jest Bydgoszcz. Lekarze podani na stronie Wpadka.pl istnieją i wypisują recepty. Zajmuje to trzy minuty, kosztuje 120 zł.

Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu czułam się tak zrezygnowana, rozczarowana i zawstydzona. Tym, że muszę prosić o coś, co tak naprawdę mi przysługuje.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.