Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W związku z tym, że nadchodzi pora zmagań z jesienno-zimowymi przeziębieniami, apeluję do wszystkich rodziców dzieci w wieku przedszkolnym o rozsądek.

Drugi rok posyłam moje dziecko do publicznego przedszkola i własnym oczom i uszom nie dowierzam. W przedszkolnej szatni spotykam matki (pracujące i niepracujące), które energicznie wycierają swoim pociechom nosy - tak, aby nikt nie zauważył i żeby dzieci nie weszły do sali zasmarkane. Mało tego, w tej dziecięcej szatni słyszę okropny kaszel, a wychodząc z budynku, znowu słyszę kaszel dziecka, które zaraz znajdzie się w grupie z moją córką. Okazuje się, że przyprowadzane są dzieci wymiotujące, z gorączką, biegunką, ospą wietrzną itp. Nie mogę się z tym pogodzić, tak jak wiele innych matek, które z rozsądku nie posyłają swoich chorych lub przeziębionych pociech do przedszkola. Pytam, czy w XXI wieku nic nie da się z tym zrobić? Każdy rodzic podpisuje przecież umowę, w której jest czarno na białym napisane, że nie wolno przyprowadzać do przedszkola przeziębionych i chorych dzieci. Przecież panie przedszkolanki widzą, w jakim stanie zdrowotnym są ich podopieczni. Czy nie może się nic "zadziać", aby przerwać to błędne koło zachorowań? Nie muszę pisać, co się dzieje, gdy zdrowe dziecko bawi się przez kilka godzin dziennie z chorym.

Jestem matką pracującą, mój mąż pracuje, dziadkowie mojej córki są również czynni zawodowo. Kiedy córka choruje (a choruje do tej pory bardzo często), staję na rzęsach, aby miała ona właściwą opiekę, kiedy jestem w pracy.

Przedszkole nie jest przechowalnią przeziębionych i chorych dzieci! Dlaczego tak wielu rodziców nie może tego pojąć? Nikt nie dał im prawa krzywdzić zdrowych i niewinnych maluszków.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.