Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Uważam bowiem, że warto jak najczęściej podkreślać walory językowe nowych form żeńskich, ich zgodność z duchem i tradycjami polszczyzny, zamiast dyskutować o nich jedynie w kontekście równouprawnienia (w rezultacie czego bywają często wyśmiewane jako wymysł szalonych feministek).

Niestety, wasza rozmówczyni bardzo mnie zawiodła - i stąd poniższa epistoła.

Zacznijmy od stwierdzenia, które powinno być oczywiste: otóż w polszczyźnie tak się przyjęło, że końcówki rzeczowników różnią się w zależności od rodzaju. I dlatego w polu pracowała chłopka - a nie "ta chłop", z owoców jej pracy korzystała hrabina - a nie "ta hrabia", zaś w klasztorze modliła się zakonnica - nie zaś "ta zakonnik". Ponadto, nasz piękny język jest fleksyjny, zatem typowy polski rzeczownik przyjmuje też różne końcówki w zależności od liczby i przypadka. Trudno więc mówić o "odmianie" słowa "premier" w wersji żeńskiej, skoro pozostaje ono niezmienione; ewidentnie mamy tutaj do czynienia ze znacznie rzadszym zjawiskiem - a mianowicie wyrazem nieodmiennym.

"Ta premier" jest zatem z punktu widzenia polszczyzny dziwolągiem - nieodmiennym rzeczownikiem w rodzaju żeńskim utworzonym od odmiennego rzeczownika w rodzaju męskim. Genezy zastosowanego tu zabiegu można się zapewne doszukać w nieodmienności niektórych nazwisk ("ta Nowak"), kłóci się on jednak ze zwyczajowym traktowaniem nazw pospolitych. A ponieważ w naszym języku istnieje też zasada zgodności pod względem liczby i rodzaju, w praktyce użycie tych form w zdaniach prowadzi do powstania potworków - na przykład "dwie amerykańskie psycholog odkryły..." - które dla czytelnika uwrażliwionego na język są jak drzazgi wbite w delikatną tkankę tekstu.

I jeszcze parę słów odnośnie konstrukcji "pani premier". Choć na pierwszy rzut oka mniej razi - ze względu na jeszcze mocniejsze podświadome skojarzenia ze wspomnianymi wcześniej nieodmiennymi nazwiskami - jej poprawność w świetle tradycji polszczyzny jest również wątpliwa. Kiedy słowom "pani" lub "pan" towarzyszą rzeczowniki pospolite, te ostatnie odmieniamy tak samo jak wówczas, gdy występują same (a więc: "kocham panią hrabinę", a nie: "kocham panią hrabia" czy: "kocham obie panie hrabia"). Dodatkowo, "pan" i "pani" to formy grzecznościowe, a zatem specyficzne, używane wówczas, gdy chodzi przede wszystkim o osobę, a nie zajmowane przez nią stanowisko. I tak możemy powiedzieć: "Pan premier przyjdzie z małżonką", lub: "Pan minister pięknie tańczy", zgrzytem natomiast będzie informacja prasowa: "Pan premier dymisjonował pana ministra sprawiedliwości". Praktyczna wartość tych połączeń jest więc mocno ograniczona.

Natomiast tworzenie słów nowych, odmienianych zgodnie ze schematem rodzaju żeńskiego, w sposób naturalny wynika z reguł naszego języka. Początkowo takie neologizmy mogą się wydawać osobliwe czy nawet komiczne; jednak to wrażenie dziwności - i związana z nim nadwrażliwość na ewentualne humorystyczne czy groteskowe skojarzenia - ma swoje źródło po prostu w nieprzyzwyczajeniu. Dzieci wychowane w kraju rządzonym przez premierkę, której podlega ministra edukacji (z zawodu psycholożka) niczego rażącego dostrzegać w nich już nie będą. I to jest kierunek, który - w moim mniemaniu - powinni wskazywać językoznawcy, zamiast ulegać niezdrowym przyzwyczajeniom.

Pozdrawiam serdecznie
Anna Czajkowska (tłumaczKA i redaktorKA)

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.