Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pracuję w firmie, jakich wiele na polskim rynku. Zatrudnia głównie dwudziesto-, trzydziestoparolatków. Mamy dzieci, dopiero się nam rodzą lub się o nie staramy. Jesteśmy w związkach lub tuż po rozwodach. Niektórzy z nas są mniej odporni niż pozostali, czyli bardzo często chorują lub chorują ich pociechy. W związku z tym czasem nie ma ich w pracy, ponieważ przebywają na tak zwanym L4.

Często oznacza to tygodniową nieobecność raz w miesiącu lub częściej. Głównie jesienią i zimą, kiedy, jak wiadomo, infekcje są częstsze. Dziecko zaraża się od dziecka, rodzic pracownik zaraża się od dziecka. I tak w kółko. Niektórzy z moich kolegów mają przeziębienie, które przechodzi w anginę lub zapalenie zatok. Potem dochodzą problemy z zębami i kręgosłupem, jelitówka i różnorakie urazy. Naprawdę, trudno uwierzyć, że jednocześnie ta sama osoba pływa, jeździ na nartach i uprawia aerobik. W półsłówkach i aluzjach wychodzi, że wujek lub ciocia jest lekarzem. Z reguły pracownica po L4 wraca z wymalowanymi paznokciami, opalona, bo weekend spędziła w Wiśle czy Szczawnicy. Czasami ma lekkiego kaca i jest niewyspana po weekendowym szaleństwie.

Wszyscy współczują mamusi, której dzieci tak często chorują. Natomiast zazdroszczą rodzicowi, którego babcia jest zawsze na zawołanie, i rodzic ten nie musi brać L4. Poniekąd jest to rodzic wyrodny, bo dziecko chore zostawia w domu. Paradoksalnie, jest to jednocześnie frajer, bo musi zastąpić chorującą koleżankę/kolegę, czyli pracować za te same (lub ciut gorsze czy lepsze) pieniądze, ale za dwie osoby. Po czym jeszcze wysłuchuje, o ile to mniej kolega czy koleżanka zarobili na tym L4. Ale w sumie to benzyny tyle nie poszło.

Zastępca jest też nierzadko postrzegany jako idiota, bo podczas zastępstwa z czymś się nie wyrobił, zawalił, coś mu umknęło w natłoku spraw. Można też usłyszeć, że "nie nadaje się, żeby kogoś zastępować". I tak biegnie miesiąc za miesiącem. Są miejsca przy biurkach stale zajęte i takie, przy których sporadycznie pojawia się użytkownik, który korzystając z możliwości, odpoczywa, robi remont, łapie dodatkowe fuchy, odwiedza fryzjera i kosmetyczkę

Rozglądając się wokoło, stwierdzam, że nadal szacunkiem cieszą się osoby, które są "zaradne", mają znajomości i umieją pokombinować. Natomiast uczciwi postrzegani są jako nieudacznicy, których można dodatkowo jeszcze wykorzystać i na dodatek wyśmiać, bo i tak cały system jest przeciwko nim. Nadal podziwia się zdolności do "ustawiania się" i wszelakie cwaniactwo. To cechy pożądane, bo przecież mając je, "nie zginiesz".

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.