Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Na YouTubie można znaleźć nagranie protestu przeciw czytaniu "Golgota Picnic" pod trójmiejską Krytyką Polityczną. Widać na nim, jak grupka ludzi po wyprowadzeniu z sali intonuje pod drzwiami jakąś pieśń religijną. Rosły pan stojący tuż pod drzwiami tubalnym głosem, tak by jak najbardziej przeszkodzić w czytaniu, wiedzie prym w wyśpiewywaniu słów o Jezusie i prośbach o uratowanie ojczyzny. To pomieszanie modlitwy z katolickim patriotyzmem, z błaganiami o ocalenie ojczyzny, pokazuje doskonale stan umysłowy i emocjonalny bojówkowych wierzących w jedynego Boga, tych ze stadionów i słuchających Radia Maryja. Ślepa wiara połączona z nieustannym podsycaniem poczucia zagrożenia i szczuciem na ludzi o nieco innych wartościach poskutkowała przeświadczeniem, że tylko walczący katolik ma prawo do moralności. Że nikt inny, a zwłaszcza niewierzący, przez katolików stawiany w jednym rzędzie z pedofilem, gwałcicielem, komunistą, nazistą i faszystą, nie jest w stanie być dobrym i moralnym człowiekiem szanującym życie, siebie i innych.

Dekalog to tylko zbiór zakazów i nakazów

Podtrzymywanie poczucia zagrożenia wpisane jest w historię i samo istnienie Kościoła katolickiego. Te 10 przykazań, które podobno są uniwersalne i ponadczasowe, to tylko zbiór zakazów i nakazów wywołujących strach z dopisanymi na końcu prawami, które każdy, choćby niewierzący, powinien znać i rozumieć, skoro żyje w społeczeństwie.

Dekalog w pierwszych trzech przykazaniach zazdrośnie broni swojego Boga. Od początku mówi, że najważniejsze dla zbawienia jest aktywne czczenie tylko tego jednego Stwórcy, a wszyscy, którzy tego nie robią, będą potępieni.

Z tego miejsca, z początku dziesięciu podobno uniwersalnych zasad, bierze się źródło nienawiści do każdego, kto śmie twierdzić, że aby nie zabijać, nie zdradzać, nie kraść, nie zazdrościć i szanować swoich rodziców, nie potrzebuje żadnego bytu nadnaturalnego.

Podczas gdy religijnie obojętni rozpoczynają w końcu walkę o swoje wolności i prawa i zastanawiają się, jak to robić, jak przekonać katolickich fanatyków, że też są ludźmi i nie mają wcale zamiaru nakazać katolikom aborcji, wychodzenia za przedstawicieli tej samej płci, zabraniać uczestniczenia w praktykach religijnych i narzucać swojego światopoglądu, wszystkim nam umyka coś istotnego.

Niewierzący nie krzyczy...

To, że praktycznie każda z najpopularniejszych religii w imię swojego światopoglądu nawołuje do nawracania niemoralnych błądzących i obrażania niereligijnych uczuć niewierzących.

Bo czy twierdzenia, że pójdziesz do piekła, bo nie wierzysz/jesteś aktywnym gejem/nie chodzisz do kościoła/nie masz zasad, nie są, oprócz przypisywania wszystkim swoich wierzeń, atakiem i obelgą? To jak wywyższenie się i wzgardzenie odmiennymi ludźmi. Niewierzący jednak nie krzyczą o obrazie swoich uczuć. Przynajmniej dopóki nie ma to bezpośredniego wpływu na ich prawa i wolności.

A mogliby krzyczeć. Mogliby zaprotestować. Obok oczywistych pogwałceń praw czy nadużyć finansowych, przeciw indoktrynacji dzieci bajkami i krwawymi historiami o mściwym i zazdrosnym Bogu. Przeciw wpajaniu ludziom, że niewierni i grzesznicy ponoszą wieczną karę, przez co tysiące rodziców i bliskich zastanawia się każdego dnia, czy ich zmarły bliski trafił na nieskończone męki, czy ich ukochane dzieci zabrane przez Boga przedwcześnie nie cierpią katuszy.

Mogliby protestować przeciw wmawianiu dzieciom, że w imię Boga usprawiedliwona jest ofiara, nawet krwawa. Bo jak inaczej nazwać zesłanie na ziemię siebie/swojego syna po to, by umierał w katuszach, by odkupić wyimaginowany grzech pierworodny pierwszych ludzi, którego konsekwencje ponosi dziś cała ludzkość?

Ta twarda moralność sprzed dwóch tysięcy lat jest dziś okrutna

A bardziej przyziemnie. Niewierzący mogliby zaprotestować przeciwko zbiórkom pieniędzy na karę nałożoną na szpital, w którym pracował prof. Chazan, zamiast pomóc matce i cierpiącemu dziecku. Matce, która bezprawnie przymuszona do urodzenia konającego dziecka, niewinnego, a cierpiącego w imię Boga w wykonaniu prof. Chazana i hierarchów.

Dzisiejsze chore, do cna niemoralne, pełne hipokryzji i narzucania innym swoich prawd objawionych i przekonań sytuacje mają swoje źródło w podstawowych doktrynach i dogmatach katolickich.

Tak bardzo jak my, niewierzący, chcielibyśmy żyć w zgodzie z katolikami i wyznawcami innych religii, tak bardzo wyznawcy udowadniają nam, że chyba nie ma takiej możliwości. Że nasza moralność, która każe szanować życie, ale zważać też na indywidualne cierpienie, które jeśli jest do uniknięcia, to powinno być to rozważone zawsze i osobno zgodnie z literą prawa, jest niekompatybilna z moralnością objawioną przez nadnaturalne siły. Sztywną, nieelastyczną i traktującą cierpienie jako sposób na zbliżenie do Stwórcy.

Ta twarda moralność sprzed dwóch tysięcy lat, sprzed oświecenia, sprzed odkryć naukowych dotyczących każdego aspektu życia jest dziś bardzo okrutna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.