Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
To było w liceum. Wziąłem z półki ojca historyka "Gwiezdny czas". Przekartkowałem, nie zrozumiałem za wiele, ale czułem że powinienem czytać dalej. Gęsto zadrukowane litery na mocno zwiotczałym, pożółkłym papierze zachęcały. Każda kolejna kartka zapowiadała, że dalej będzie jeszcze bardziej interesująco. Podpytałem ojca, kto to ten Kuroń i o co mu chodzi? Przypomniał KOR, coś o lewicy i sprawiedliwości społecznej. Same frazesy - pomyślałem. Do lektury podszedłem z dystansem, jak do wszystkich tego typu wspomnień.

Nie spodziewałem się bicia w piersi, rozliczania błędów, choć i te dało się wychwycić. To, czym ''kupił'' mnie Jacek Kuroń, była wrażliwość i pomysłowość. Uporczywe szukanie lepszego rozwiązania, możliwie najlepszego dla wszystkich, nieinwazyjnego. Odnosiłem wrażenie, że bohater nie stawiał siebie na barykadzie, ale raczej pod nią, tam gdzie lądują mniejsi i słabsi, niemogący wspiąć się na górną jej część.

Zamiast walki w książce była współpraca, a o elitarności decydował wzajemny szacunek do ludzi, którzy gotowi byli skoczyć w ogień jeden za drugim. Nigdy go nie poznałem, nigdy nie podałem mu ręki. Zaledwie kilka razy widziałem na żywo w telewizji. Jacek Kuroń umarł rok po tym, gdy skończyłem czytać "Gwiezdny czas", kiedy właśnie Polska zaczynała swoją przygodę z Unią Europejską.

Godność á la Korwin

Dziesięć lat później spektakularnie do polityki powraca skrajnie szowinistyczny i ksenofobiczny Kongres Nowej Prawicy. Partia, która stawia na doktrynę neoliberalną w najbardziej brutalnej formie wyzysku. Jednym z filarów wedle lidera tej partii ma być "godność". Jacek Kuroń przewróciłby się w grobie, słysząc to wszystko. Kilka dni temu redaktor Jacek Żakowski napisał tekst ".Cała władza w ręce młodych". Patrząc na wyniki, jakie Kongres Nowej Prawicy osiągnął w tym sektorze wyborców, panie redaktorze, obaj nie chcielibyśmy, żeby to nastąpiło. Starał się pan udowodnić nam, że ludzie z mojego pokolenia nie są uwikłani w biografie swoich rodziców, że jesteśmy wolnymi obywatelami Europy i czujemy świat przez skórę. Panie redaktorze, Marysia z Gorzowa nie pamięta nawet Polski bez McDonalda (!), a lwia część elektoratu Janusza Korwin-Mikkego nie skończyła jeszcze nawet studiów.

Co z tego, kiedy nie ma w tych ludziach ani krzty chęci do współpracy. Zamiast tego są całe wagony pogardy i bełkotu wpojonego przez ich pseudoprzedsiębiorczych rodziców. Kiedy pytam kolegę rówieśnika, czemu głosuje na Kongres Nowej Prawicy, odpowiada mi, że nie interesuje go światopogląd, ale program gospodarczy. Chce, żeby kraj rósł w siłę, żeby wzrost gospodarczy był jak w Chinach (sic!). Co z tego, że według Korwina miejsce kobiety jest w kuchni, a niepełnosprawni powinni trzymać się z daleka od mediów. Jemu zależy na tym, żeby były niskie podatki, bo rodzice mają firmę, którą on pewnie po nich przejmie. A jak ktoś narzeka, że za mało zarabia to wina państwa, bo okrada obywateli, rozdając nierobom, którym się nie należy.

Ale kolega, jeszcze nie prawnik, stypendium na uczelni pobiera, bo chce mieć więcej. Potem Katarzyna Kolenda-Zaleska na fali korwinizmu napisała, że gdy ten dojdzie do władzy, to wrócą wizy i skończą się spontaniczne wyjazdy na zagraniczne stypendia. Pani redaktor, próżny lament, wcale się nie skończą, ale dostępne będą dla nielicznych. Tych, którzy będą mieli pieniądze. W pewnym sensie Polska wróci na Wschód, tam gdzie rządzi oligarchia. Przecież Rosjanie i Ukraińcy też korzystają z wymian do Unii Europejskiej, ale kogo tam na nie stać?!

Pokolenie chciwych

Moje pokolenie stało się pokoleniem ludzi chciwych. Dla was bohaterami byli czterej pancerni, dla nas bohaterem jest Jordan Belfort. Tacy właśnie ludzie głosują na Korwina. Bez współczucia, bez skrupułów, prowadzący wygodne życie zapewnione im przez rodziców (tych nie winię za pracowitość w okresie transformacji, raczej krytykuję za to, że nie nauczyli swoich dzieci współczucia i tego, że należy pomagać innym, słowem "dzielić się"). Posyłani do najlepszych szkół, zawożeni tam przez szoferów.

Kiedy spotykasz się z nimi w restauracji, każdy płaci za siebie, o ile w ogóle wyjdą z tobą do restauracji, bo najczęściej nie mają na to czasu. Pilnują swoich interesów, tak jak nauczyli ich rodzice. Moim kolegom i koleżankom nie zależy już nawet na tym, żeby było więcej. Oni chcą tylko utrzymania status quo, odradzania się elit, ale elit gospodarczych, bo z tymi intelektualnymi nie mają za wiele wspólnego. Ale to nie do końca nasza wina. My młodzi jesteśmy sterowalni. Bezrefleksyjnie i bezkrytycznie dajemy się uwieść na każdym kroku, w domu i w pracy. Wygoda zapewniona nam przez rodziców, którym udało się ustatkować finansowo, zakonserwowała prostotę naszego myślenia. Nigdy nie byłem głodny, a jeśli bym, był to pójdę do McDonalda.

Nigdy nie było mi zimno w nocy, a z kranu lała się ciepła woda, więc po co mam jeszcze myśleć, kiedy wszystko jest w porządku? Nie ma miejsca na kapitał społeczny, na to, żeby komuś podać rękę. Lenistwo intelektualne i miałkość społeczna, w które wpędzają nas elity gospodarcze, którym zależy na utrzymaniu status quo, rodzi patologie.

Prowizja od sprzedaży chłamu

Ciężko jest poza tym rękę podać zza dwumetrowego muru, którym polska elita pseudoprzedsiębiorczości odgrodziła się od reszty, zwłaszcza kiedy ich interesów strzeże armia ogolonych na łyso, opłaconych goryli, których najatrakcyjniejszą rozrywką jest wyrywanie płyt chodnikowych na 11 Listopada. W tygodniu pilnują magazynów z chińszczyzną, a w weekend demolują wszystko, co odbiega od ich uproszczonego światopoglądu - ergowykład profesora Baumana w Wielkiej Brytanii. Zarabiają niewiele mniej, albo tyle samo, ile pracownicy z wyższym wykształceniem, stąd popyt na głupotę w Polsce rośnie.

Korwin mówi, że skoro bandyci mogą mieć w Polsce broń, to obywatele też powinni mieć pozwolenie na jej posiadanie. Ja w takim razie domagam się, skoro elitę stać na goryli, którzy masakrują i bezczeszczą wspólne świętowanie, niech moje państwo zapewni mi przed nimi bezpieczeństwo. Kiedy piszę o pseudoprzedsiębiorczości, mam na myśli wszystkie te polskie firmy, które kontenerami sprowadzają ropopochodny chłam z Azji, wmawiając swoim klientom, że został wyprodukowany na miejscu. Handel w naszym kraju dawno przestał mieć cokolwiek wspólnego z uczciwością, a o godności wolę nawet nie wspominać. Jedyne, do czego zachęcają młodego człowieka, to to, żeby wziął w tym udział, a w zamian otrzyma prowizję od sprzedaży, ale i to pod warunkiem, że zgodzi się na samozatrudnienie albo śmieciówkę i bezpłatne nadgodziny.

Daliśmy sobie wmówić, że wszystkiemu winne jest państwo...

Najlepszym sposobem na dżumę jest cholera?

Konserwacja elit gospodarczych prowadzi w Polsce do absurdalnej sytuacji. Zostają tylko ci, którzy mają co przejąć po rodzinach, albo ci, którym starczy sił, żeby sprostać coraz bardziej wygórowanym wymaganiom korporacyjnym.

Świat lemingów rozrasta się kosztem większej liczby godzin spędzonych w biurze i zaczyna przypominać pracę na roli. Znajomi narzekają, że codziennie przychodzą zaorać pole, a plon zbiera ktoś, kogo nigdy nawet nie zobaczą na oczy. Ale wolą tak, bo czują wspólnotę wyzysku z innymi, którzy nie mieli rodzinnej firmy do przejęcia. Pozostałym, tym wykluczonym, zostaje poczucie wstydu, dlatego wyjeżdżają, bo lepiej jest pracować za euro na zmywaku w Monachium czy Dublinie (dopóki mają taką możliwość) niż u siebie. Tam przynajmniej nikt nie widzi, co robisz, nie musisz się wstydzić, nikt nie wytyka cię palcami.

Ktoś za chwilę powie, że to naturalna konsekwencja zasad wolnego rynku, a jedynym lekarstwem jest jeszcze więcej wolnego rynku. To tak jakby ktoś starał wmówić mi, że najlepszym sposobem na dżumę jest cholera. A czemu nikt nie wpadł na to, że może lepiej by było podzielić się z pracownikami swoim zyskiem. Co z tego, że właścicielowi należy się więcej, co z tego, że wszystko stworzył od podstaw, kiedy za grosz nie wzbudza w pracownikach szacunku, bo ci widzą w nim jedynie taniego cinkciarza handlującego chińszczyzną i oszukującego swoich klientów. Jacek Kuroń w przytoczonych niedawno przez Agnieszkę Ziółkowską cytatach mówił: "Sądzę, że jest w naszej mocy wyłączyć spod działania sił rynkowych wartości najważniejsze: miłość, godność, prawa człowieka".

Tym, czym imponował, był nieustanny protest i krytyka. Nigdy nie popadał w lenistwo intelektualne, nawet wtedy, kiedy mógł sobie już na to pozwolić. Nie zadowalało go status quo. Dążył do lepszego świata i pewnie ostatecznie się w nim znalazł. Myślę, że doczekaliśmy w Polsce czasu, w którym należy rozpocząć dyskusję o tym, czym jest szacunek, i o tym, czym jest elita. 25 lat wolności pozwoliło wielu nachapać się na zapas. Oddzielmy ten czas grubą kreską i zacznijmy działać we wspólnym kierunku. Niech tym razem impuls idzie z góry. Niech zaczną elity i pokażą - nas stać na to, żeby nie pracować i rozwiązywać problemów innych. Wy pracujcie, dopóki możecie, a my podzielimy się z wami tym, co sami zbudowaliśmy, a razem uda nam się jeszcze więcej. Tylko tak uda im się wzbudzić szacunek w ludziach pracy.

Co sądzicie o tym liście? Czy autor ma rację? Napiszcie do nas na: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.