Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Rzecz dzieje się w latach Wielkiego Kryzysu lat 30. ubiegłego wieku, na głębokim amerykańskim Południu. Bohater powieści Erskine'a Caldwella zadeklarował, że wszelki przychód z wydzielonego przez niego spłachcia gruntu będzie przeznaczany na potrzeby lokalnego Kościoła.

Ogarnięty manią poszukiwania złota bohater ryje gorączkowo w ziemi, zamiast sadzić na niej bawełnę - jak Bóg przykazał. I poświęcone Bogu poletko wędruje z miejsca na miejsce według chwilowego kaprysu właściciela, tak jednak, aby - broń Boże - nie znalazło się w miejscu aktualnych poszukiwań utęsknionej złotej żyły.

Obserwując nieustanne zawirowania wokół naszego Ministerstwa Sprawiedliwości, odnoszę nieodparte wrażenie, że stało się ono dla premiera Tuska swoistym odpowiednikiem Caldwellowskiego "poletka Pana Boga".

Od czasu, gdy premier Tusk niespodziewanie przyjął w styczniu 2009 r. dymisję ministra Ćwiąkalskiego, wokół Ministerstwa Sprawiedliwości rozpoczął się chocholi taniec.

Warto tu przypomnieć, że minister Ćwiąkalski podał się do dymisji w związku ze sprawą kolejnego tajemniczego więziennego samobójstwa, za którą w żadnym wypadku nie ponosił żadnej osobistej odpowiedzialności. Uznał jednak, że skoro rzecz dotyczy jego resortu, to minister powinien się oddać do dyspozycji premiera. Premier, do dziś nie wiadomo czemu, skwapliwie skorzystał z okazji i tak następnym ministrem sprawiedliwości został Andrzej Czuma - człowiek o ładnej, acz zamierzchłej opozycyjnej przeszłości, ale o bliskich zeru kwalifikacjach prawnych.

Poza tym ciągnęły się za nim liczne wyroki sądów amerykańskich z lat jego emigracji. Zasłynął również tym, że nawet jako minister sprawiedliwości nie wycofał pozwu wobec Państwa Polskiego o 700 tys. zł z tytułu swego internowania w stanie wojennym oraz z dość swobodnego traktowania pojęcia nepotyzmu.

To ministrowanie Andrzeja Czumy trwało parę miesięcy, a jego następcą został Krzysztof Kwiatkowski - młody, rzeczowy, mający świetne kontakty z ludźmi, szanowany nawet przez opozycję.

Niestety, po dwóch latach premier Tusk postanowił spróbować poszukać złota na terenie dotychczasowego poletka i w nowym powyborczym rozdaniu ministrem sprawiedliwości został ku powszechnemu osłupieniu poseł Jarosław Gowin - znany szerzej głównie z przewodniczenia tzw. krakowskiemu prawemu skrzydłu PO.

Filozof z wykształcenia, badacz myśli chrześcijańskiej, aktywny w dziedzinie szeroko rozumianej pedagogiki - sprawami wymiaru sprawiedliwości interesował się dość pobieżnie. Przyszedł jednak do Ministerstwa z silnym przekonaniem misji zreformowania struktury sądownictwa. Reforma ta, wprowadzana wbrew opiniom środowiska sędziowskiego, została w końcu przepchnięta wyłącznie dzięki parasolowi politycznemu PO.

Jarosław Gowin wyraźnie nie zrozumiał jednak sensu swojej niespodziewanej nominacji. Zamiast siedzieć politycznie cicho, wykorzystał swój urząd do wzmacniania własnej wewnątrzplatformianej pozycji politycznej. Skończyło się to dla niego dymisją po dwóch latach urzędowania i w końcu odejściem z Platformy. Zostały po nim w Ministerstwie szeroko otwarte drzwi dla Opus Dei oraz jątrząca się reforma sądownictwa.

Ta ostatnia została właśnie unicestwiona przez Trybunał Konstytucyjny. Natomiast w ministerstwie pozostał po nim oblat benedyktyński Michał Królikowski, autor wywiadu rzeki z arcybiskupem Hoserem i płynnie łączący funkcję wiceministra z członkostwem w Komisji Ekspertów Episkopatu ds. Bioetycznych - działającej zresztą pod przewodnictwem arcybiskupa Hosera.

Następcą Jarosława Gowina na poletku Pana Premiera został Marek Biernacki - też dosyć odległy w swej dotychczasowej politycznej działalności od spraw resortu sprawiedliwości, ale za to - jak podkreślił przy nominacji Premier - wyznający podobny system wartości jak poprzedni minister, oraz - o czym Premier już nie wspomniał - nie mający tak wygórowanych samodzielnych ambicji politycznych.

Jak dotąd Ministerstwo Sprawiedliwości pod nowymi rządami wyprodukowało osławioną ustawę o bestiach, którą czeka ciężka rozprawa w Trybunale Konstytucyjnym. Natomiast twarzą Ministerstwa staje się coraz bardziej Michał Królikowski - radykalny i wymowny głosiciel skrajnie i roszczeniowo formułowanych ultrakatolickich konserwatywnych tez.

Minister Biernacki zapowiedział, że gdy ustawa o bestiach padnie w Trybunale Konstytucyjnym, to poda się do dymisji. Warto się w każdym razie rozglądać, gdzie zawędruje w następnym rozdaniu to rządowe poletko Pana Boga.

Wrocław, 16.07.2014

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.