Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Co łączy sumienie dr. Chazana, wstrzymanie pokazów spektaklu "Golgota Picnic" i religię w szkole? Te trzy sprawy pozornie nie łączy nic. Ale są one przejawem jednego i tego samego zjawiska w Polsce: klerykalizacji życia publicznego na wielką skalę

W Polsce klerykalizacja życia publicznego następuje w szybkim tempie:

- w szkole religia i władza katechety są tego przejawem,

- w szpitalach publicznych - władza lekarzy podpisujących klauzulę sumienia i przyznających więcej praw zarodkowi i płodowi niż kobiecie w ciąży,

- w aptekach - władza aptekarza, który także na tę klauzulę się powoła,

- w urzędach - zawierzanie miasta Maryi (było już głosowanie w takiej sprawie w gminie pod Warszawą),

- w kulturze: knebel na wypowiedzi, spektakle, dzieła, które "urażają uczucia religijne", przykładem takiego knebla może być ostatnia nagonka na spektakl "Golgota Picnic", a wcześniej na artystyczną instalację "Adoracja Chrystusa" wystawianą w warszawskiej Zachęcie.

Ciekawe, kto będzie następny?

Był już Nergal. Pod stos pójdą teraz stare nagrania Agnieszki Chylińskiej z okresu O.N.A. Potem kobiety samotne, bezdzietne pary, niewierzący i innowiercy oraz joga psycholog i psychoterapeuta (bo - powiedzmy - nie pracuje zgodnie z sumieniem).

Czy więcej wiary w przestrzeni publicznej oznacza więcej życzliwości, miłości bliźniego, tolerancji? Nie, wręcz przeciwnie! Fala klerykalizacji niesie za sobą nienawiść do kobiet, do artystów, do ludzi żyjących w sposób inny niż tradycyjny.

Być może Bóg kocha wszystkich ludzi bez różnicy: mężczyzn, kobiety, uczniów, artystów, ale jego ziemscy przedstawiciele (biskupi, posłowie prawicy), którzy prowadzą akcję klerykalizacyjną w Polsce, już nie. Wszystko im przeszkadza, wszystko ich drażni, wszelka dyskusja o problemach związanych ze zmieniającym się światem jest według nich zabroniona. Brak im tolerancji, otwartości na drugiego człowieka.

Nie podoba mi się takie zamknięcie, taka chorobliwa nienawiść do innych.

Chcę kupować antykoncepcję w aptece, chcę, aby bezpłodne pary miały dostęp do in vitro, chcę, aby moje dziecko miało prawo do etyki w szkole, chcę iść na spektakl "Golgota Picnic". Nie wyobrażam sobie, że jakaś grupa mi to uniemożliwi.

Czy byłoby do pomyślenia, żeby niewierzący/ateiści manifestowali pod kościołami i przeszkadzali we mszy?

Dlaczego zatem konserwatywna prawica właśnie to robi: nie daje innym iść na spektakl, nie daje innym korzystać z życia?

W opisanym wyżej kontekście wydaje mi się, że państwo ma pewne obowiązki wobec obywateli - wszystkich obywateli. Chciałabym, aby mój kraj działał w poszanowaniu swoich obowiązków i w poszanowaniu praw wszystkich swoich obywateli. Chciałabym, aby kraj, w którym żyję, był państwem świeckim i nie staczał się w kierunku państwa wyznaniowego. Chciałabym, aby urzędnicy państwowi, ministerialni i prezydenci miast kierowali się prawem, a nie swoim sumieniem. Chciałabym, aby posłowie byli posłami, a nie kaznodziejami, aby reprezentowali ludzi, a nie interesy kościoła. Czy te wymagania są za duże wobec nowoczesnego, postępowego państwa?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.