Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jadę sobie autobusem linii 180. Na siedzeniach naprzeciwko mnie siedzi sobie para: pan tak pod siedemdziesiątkę, pani również. Pan miętosi czule łapkę Pani i opowiada: "A teraz pójdziemy na wódkę na Stary Rynek, potem do restauracji, a na koniec, jak zdążymy, to skoczymy do Muzeum Narodowego". Pani, szczerząc się od ucha do ucha: "No to po takim maratonie to spać będziemy do jutra".

Autobus kolebie się Alejami Ujazdowskimi, pan opowiada, dlaczego aleja Szucha nazywa się, jak się nazywa, i jaką ma za sobą historię.

Na jednym z przystanków wsiada babeczka koło pięćdziesiątki. Koleś lat 20 zrywa się, krzycząc: "Proszę siadać, proszę siadać". Babeczka, śmiejąc się perliście: "No, ja Cię przepraszam, ale taka stara jeszcze nie jestem". Chłopaczyna opada na siedzenie, autobus się kolebie, świat zatapia się w słuchawkach iPhone'ów, stronach gazet i książek.

Toteż nikt nie zauważa wsiadającego do autobusu staruszka - bluza adidasa, dżinsy, koszulka polo, okulary przeciwsłoneczne i uśmiech dookoła głowy. Nikt poza pierwszą panią od wódeczki na Starówce. Rzeczona zrywa się ze swojego miejsca, patrząc na staruszka, zaczytana część świata podnosi głowy znad książek i również wstaje, pokazując staruszkowi miejsce. Ten początkowo się kryguje, ale siada i uśmiecha się jeszcze szerzej, choć wydawałoby się, że to niemożliwe.

Po sekundzie na kolana tarabani mu się wnuczek mamroczący z niezadowoleniem w języku lengłidź, że zmęczony, że ciasno, że brak czekolady. Na to jak spod ziemi wyrasta mama i z zamorskim akcentem tłumaczy latorośli, że albo u dziadka na kolanach, albo na stojąco, więc jakby nie ma o czym mówić.

I tu zaczyna się dziać magia. Bowiem pani od wódeczki, opierając głowę na kolanach męża, mówi do dziadka: "A Państwo, co? Też na wakacjach w Polsce?". Dziadek odwraca się całym sobą do obcej kobiety i mówi: "Tak, tak, na obchody Powstania, bo wie pani, ja walczyłem w Powstaniu i chciałem wnukom Warszawę pokazać". Pan od pani od wódeczki włącza się w dialog: "Oooo, to tak jak my, też na obchody i popatrzeć na Warszawę - ja jestem z Nowego Jorku, żona ze Stuttgartu, mój tata walczył o Polskę, ale musiał wyjechać, u żony podobnie, ale ona prawie nie zna Warszawy".

Pani od wódeczki z klasyczną babską ciekawością: "A wy skąd?". Dziadek: "No teraz z Australii, ale po niewoli i Powstaniu, to byłem wszędzie: w Chinach, w Belgii, aż skończyłem w Australii".

W trakcie rozmowy, co niebywałe, pół autobusu dosłownie zaczyna świecić uśmiechami i serdecznością. Koleś, który ustąpił dziadkowi miejsca, schyla się do wnuczka i mówi: "Your grandpa is a hero, you know?".

Dzieciaczyna puchnie ze szczęścia. Mama wręcza dzieciom jakieś słodycze i mówi, żeby się nie ubabrały czekoladą. Klasyczna, siedząca obok mnie baba z kategorii tych, którym nigdy nic się nie podoba, na takie dictum odzywa się fantastyczną angielszczyzną i wyszczerzem pokazującym wszystkie wiekowe plomby: "Children always are... brudne". Dziadek tłumaczy. Autobus rży. Wysiadam.

Przed wyjściem kładę dziadkowi łapsko na ramieniu i mówię: "Dziękuję. Za Warszawę". Dziadek, śmiejąc się rubasznie: "Nie ma za co". A łezka mu kap na brodę. Koniec historii. Siedzę i piszę tego posta. Łezka mi kap. Na brodę.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.