Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Systematycznie chodzę do lekarza w przychodni, lekarza tzw. pierwszego kontaktu. Na szczęście nie jest to wizyta z powodu jakichś nowych dolegliwości, ale po prostu z prośbą o wypisanie recept na leki, które biorę stale, a jesienią także na szczepionkę przeciw grypie.

Już od lat wprowadzono przepis, że do lekarza specjalisty, np. neurologa, można się zapisać w recepcji wcześniej, ale do lekarza pierwszego kontaktu procedura ciągle jest inna.

Trzeba przyjść do przychodni i zapisać się w recepcji tego samego dnia o godzinie 7 rano, tzn. o tej godzinie rozpoczyna się tworzenie listy tylko na bieżący dzień. Jak można się domyślać, kolejka, w której czekać trzeba czasem kilka godzin, zaczyna się tworzyć przed 7.

Jak już zdołamy się zapisać, tworzy się kolejka do lekarza, choć przyjęcia zaczynają się od godziny 10. Około godziny 13-14 może uda się wyżebrać te potrzebne recepty.

Często w kolejkach odbywają się kłótnie, boje i walki. Taka procedura nie jest dla ludzi chorych, którzy potrzebują kontynuacji leczenia, po prostu recepty. Żeby to wszystko przetrzymać, trzeba mieć dobre zdrowie i silny układ nerwowy.

Jestem też przekonana, że duża część osób tłoczących się w tych przychodniach to ludzie, którzy dla skutecznego leczenia wcale nie potrzebują kontaktu z lekarzem. Ale skoro im przysługuje bez płacenia (w ramach ubezpieczenia), to lepiej przyjść, bo przecież to nie zaszkodzi. Jest to traktowane jak swojego rodzaju forma rozrywki (choć nikt się do tego nie przyzna).

Proszę zwrócić uwagę, że stoją w tych kolejkach głównie osoby starsze. Wcale nie dlatego, że w starszym wieku częściej chorujemy. Osoba pracująca ma czas zwykle po 17 lub ewentualnie w sobotę. Czasami, żeby zrobić jakieś badanie, musi wziąć dzień urlopu. Dlatego na wizytach bywa tylko wtedy, gdy musi, lub załatwia to, co musi, w gabinetach prywatnych, oczywiście płacąc.

Myślę, że jeśli nie wprowadzimy płatności, chociaż symbolicznych, za każdą wizytę, ten problem kolejkowy nie rozwiąże się sam. Kiedy ktoś będzie miał zapłacić np. 5 zł za wizytę, to zastanowi się dwa razy, czy iść do lekarza, czy może lepiej zamiast w przychodni to spotkać się z koleżanką/kolegą w parku lub może w kościele albo iść gdzieś razem na kawę czy lody.

Zyskałyby także osoby idące przede wszystkim z prośbami o skierowania czy recepty. Również w przypadku recept na leki stale przyjmowane przez pacjenta bez sensu jest wizyta w chwili, kiedy potrzebna jest kontynuacja, a nie zmiana. Tu rozwiązaniem byłaby karta elektronicznie odczytywana, zgodnie z którą pacjent mógłby wykupić ileś opakowań jakiegoś leku/leków na miesiąc.

Jedynym zagrożeniem takich rozwiązań byłby spadek liczby pacjentów u lekarzy i brak kolejek do nich. To może oznaczać niższe przychody lekarzy i producentów leków.

Także spadek zarobków gabinetów prywatnych, lekarzy przyjmujących i państwowo, i prywatnie, a także mniejszą możliwość łatwej i taniej reklamy - takich usług i leków.

Dlatego podejrzewam, że osoba w rządzie wystarczająco silna, żeby przeprowadzić skuteczną reformę, nie potrzebuje też dosypywania dodatkowych pieniędzy. Potrzebuje wyobraźni i doświadczenia w sprawach organizacyjnych, odwagi i siły.

To portret "samobójcy", który nie tylko nie zdobędzie popularności, ale ponieważ narazi się jakimś grupom (lekarze, producenci leków, ludzie lubiący spotkania w kolejkach), od razu musi mieć tego świadomość i wizję swojego końca na tym stanowisku.

Wbrew niektórym nie wydaje mi się też, że potrzeba człowieka bardzo młodego. Efekty wprowadzonych zmian byłyby widoczne dopiero po kilku, może nawet kilkunastu latach.

Myślę, że te problemy i sposoby rozwiązania są już znane od dłuższego czasu. O tym, że problemy są prawdziwe, a takie rozwiązania mają sens i szanse na pozytywne zakończenie, świadczy to, że nikt ich przez tak długi czas nie wprowadził, nawet nie próbował. Nikt też nie obiecuje, że wprowadzi. To, że minister zdrowia jest lekarzem, też nie pomaga sprawie. Aby dbać o sprawy pacjentów (a nie lojalnie - braci lekarskiej), powinien być chorym, a nie lekarzem.

Od 25 lat mamy w Polsce gospodarkę rynkową, a w lecznictwie mamy mieszankę socjalizmu z wolnym rynkiem. Nie widzę też odważnych na podjęcie wyzwania wdrożenia reformy i doprowadzenie jej do końca. Ani w roku przedwyborczym 2014, ani w ogóle.

Kiedy podpisywałam się pod tekstami imieniem i nazwiskiem, nikt nawet nie zwrócił uwagi na treść. Może teraz będzie lepiej.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.