Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy zwróciłam na niego uwagę. Na pewno było to kilka lat temu. Nie chodził wtedy o kulach i wyglądał dużo lepiej. Ale jak na takie życie trzymał się nieźle. Od tamtego dnia, zawsze rano, sprawdzałam, czy siedzi na ławce. Był to jego dom dziennego pobytu. Wieczorami gdzieś znikał.

Już z daleka kłaniał się i uśmiechał. Wyraźnie różnił się od tych wszystkich szperaczy, którzy w śmietnikach szukali czegokolwiek, co można by spieniężyć i zamienić na alkohol. Jednak nigdy nie miałam odwagi zapytać, dlaczego właśnie tak wygląda jego życie. Kiedyś sam opowiedział o sobie.

Od czterech dni ławka jest pusta. Nie wiem, co się stało, i zaczynam się martwić. Przyzwyczaiłam się do niego. Nikt z sąsiadów nie zauważał go i gdybym ich zapytała, czy coś wiedzą, każdy spojrzałby na mnie ze zdziwieniem.

Dlaczego tak często się zdarza, że akceptujemy drugiego człowieka tylko wtedy, gdy żyje on zgodnie z naszymi poglądami, ma mieszkanie, pracę, rodzinę i może jeszcze samochód. A gdy cały rok przesiaduje na ławce? To co? Nawet nie odpowiadamy mu na codzienne "dzień dobry". Skąd wiemy, co będzie z nami jutro? Może będziemy siedzieć na jego miejscu - ławka dzisiaj znowu była pusta.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.