Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
26 maja w jednym z programów prywatnej stacji telewizyjnej prezes partii, debatując z Andrzejem Celińskim, stwierdził, że nie chce, by państwo - wymagając od pacjenta recepty przy zakupie leków w aptece - traktowało go jak "bydło", gdyż on dobrze wie, czego potrzebuje i przecież "nie wykupi całej apteki".

Jednocześnie, wskazując na przykład dynamicznie rozwijającego się Szanghaju, zauważył, że zbiurokratyzowana i pogrążona w kryzysie Unia Europejska skazana jest na nieuchronną marginalizację. Swoją argumentację wzmocnił, nawiązując do dziewiętnastego wieku - zwanego złotym okresem liberalizmu gospodarczego. Mając na uwadze te argumenty, przeanalizujmy spójność wywodu szefa Nowej Prawicy.

"Jak dzieci"

Nie ulega wątpliwości, że ostrze krytyki szefa NP dotyczy kwestii zajmującej centralne miejsce we współczesnej myśli ekonomicznej, a mianowicie, roli państwa w gospodarce. Innymi słowy, chodzi o to, czy i jak bardzo państwo (rząd) winno interweniować w funkcjonowanie systemu społeczno-gospodarczego (a tym samym w codzienne życie obywateli) poprzez regulację, czyli przepisy narzucające jednostce ograniczenia i "wiążące ręce" przedsiębiorcom.

Korwin-Mikke, wychwalając zalety dziewiętnastowiecznego liberalizmu, stoi na stanowisku, że państwo, nadmiernie regulując gospodarkę i traktując ludzi jak "dzieci", jest źródłem wszelkich patologii społeczno-ekonomicznych, w efekcie prowadzących do zniewolenia jednostki i drastycznego ograniczenia możliwości rozwojowych.

I właśnie Unia Europejska jest tego najlepszym ucieleśnieniem i dlatego też należy ją "rozsadzić" od środka. Oczywiście trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że zarówno Unia, jak i gospodarki większości państw członkowskich są przeregulowane. Dobrym przykładem potwierdzającym tę tezę jest chociażby zakaz pracy sklepów w niedzielę we Francji czy Niemczech (o "właściwych" wymiarach i kształtach bananów i ogórków nie wspominając).

Gdy nie ma czym oddychać

Problem jest jednak znacznie bardziej złożony, niż to się szefowi NP wydaje. Powróćmy zatem do wyżej wspomnianego przykładu Szanghaju. To prawda, że w Chinach od prawie dwóch dekad odnotowuje się bardzo szybki wzrost PKB (co przekłada się na wzrost zamożności społeczeństwa) i że gospodarka chińska jest mniej przeregulowana niż gospodarki europejskie (co wcale nie oznacza, że łatwiej jest tam prowadzić działalność gospodarczą, o czym świadczy niskie miejsce Chin w rankingu ease of doing business Banku Światowego).

Niemniej Korwin-Mikke nie wspomina o ogromnym koszcie, który taki model gospodarczy pociąga za sobą. Najlepiej ilustruje tę kwestię stosunek do ochrony środowiska naturalnego. Jak wiadomo, w Chinach wciąż dominuje myślenie, że - jako że priorytetem jest wzrost PKB - problem ochrony środowiska ma drugorzędne znaczenie i tym samym regulacje prośrodowiskowe są znaczne mniej restrykcyjne niż w Europie (a ich przestrzeganie również pozostawia wiele do życzenia).

W konsekwencji zanieczyszczenie powietrza (smog) i skażenie wód gruntowych w Pekinie i innych chińskich miastach przekracza wszelkie dopuszczalne normy, co obniża jakość życia mieszkańców, bezpośrednio zagrażając ich zdrowiu.

Ergo systematyczna dewastacja środowiska naturalnego (co odzwierciedla niskie miejsce Chin w Environmental Protection Index) ma nie tylko ogromne koszty społeczno-ekonomiczne, ale również może działać "zniewalająco" - abstrahując od kwestii stricte politycznych, gdzie jest wolność wyboru przeciętnego Chińczyka do oddychania czystym powietrzem i picia nieskażonej wody?

Wynika stąd, że zarówno nadmiar regulacji, jak i jej brak może ograniczać wolność jednostki i umacniać tyranię aparatu państwowego. Przypomnijmy, że w narracji Korwin-Mikkego wolność wyboru i bycie traktowanym przez państwo jak "dorosły, a nie dziecko" zajmuje centralne miejsce.

Kto może wyjechać

Oczywiście można dowodzić, że jeśli jakiemuś Chińczykowi nie podoba się w Chinach i nie odpowiada mu powietrze, jakim oddycha, to może wyemigrować. Tylko dokąd? I tu wracamy do Unii Europejskiej. Krytykując (słusznie) UE za nadmiar regulacji, szef Nowej Prawicy świadomie nie wspomina o tym, że istnienie unijnego wspólnego rynku - którego filarami są swobodny przepływ osób, kapitału, towarów i usług - znacznie poszerzył zakres wolności jednostki (o co przecież tak usilnie walczy).

Przecież obecnie właśnie dzięki obecności w Unii każdy Polak (w przeciwieństwie do obywatela Chin) może swobodnie wyjechać z kraju i pracować tam, gdzie ma ochotę. Może legalnie sprowadzić sobie samochód z Niemiec (co było znacznie utrudnione, a nawet niemożliwe w przypadku aut strasznych niż 10 lat, przed wstąpieniem Polski do UE w 2004 r.). Może również założyć własną firmę w Irlandii i tam płacić niższy (niż w Polsce) podatek CIT. Takie wybiórcze przedstawianie rzeczywistości jest nie tylko nierzetelne, ale przede wszystkim cyniczne i demagogiczne.

Państwo niezbędne

Reasumując, kwestia interwencjonizmu państwowego - a więc stopnia regulacji systemu gospodarczego - jest niezwykle delikatna i skomplikowana. Korwin-Mikke, mówiąc o swoim zachowaniu w aptece, wychodzi z założenia, że wszyscy obywatele są tak samo światli, odpowiedzialni i zdyscyplinowani jak on. Niestety, przy całym szacunku dla wszystkich zainteresowanych, tak nie jest (dla wielu Polaków możliwość kupowania leków bez recepty skończyłaby się nieprzyjemnie, a nawet tragicznie).

To samo tyczy się stosunku przedsiębiorstw (i całych państw) do kwestii ochrony środowiska naturalnego. Niektóre (zachowujące się odpowiedzialnie) podmioty będą - z własnej i nieprzymuszonej woli - robiły wszystko, by zminimalizować swój negatywny wpływ na środowisko naturalne. Inne będą dążyły za wszelką cenę do maksymalizacji zysku (i generalnie osiągnięcia własnych wąsko rozumianych celów), dewastując przy tym środowisko naturalne i nie zważając na koszty zewnętrzne swojej działalności.

Dlatego - i poniekąd niestety - konieczna jest interwencja państwa. Jak podpowiada zdrowy rozsądek i doświadczenia ostatnich lat, całkowita eliminacja regulacji - jak chce prezes NP - nie jest optymalnym rozwiązaniem (gdyż może mieć negatywne konsekwencje, pośrednio prowadzące - wcale nie paradoksalnie - do ograniczenia wolności jednostki).

Tak naprawdę kluczową kwestią jest to, w jakim stopniu regulować jakie obszary gospodarki. Przykład Unii Europejskiej i Chin dobitnie wskazuje na skalę trudności i złożoność problemu. Niemniej, niezależnie od indywidualnych poglądów politycznych i preferencji ideologicznych, warto - zwłaszcza gdy występuje się w telewizji mającej wciąż ogromną siłę oddziaływania - rzetelnie prowadzić debatę. Niestety w polskim dyskursie politycznym wciąż dominuje wybiórczość, cynizm i demagogia.

* Prof. UG dr hab. Piotr Zientara, Wydział Ekonomiczny UG

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.