Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Przeczytałam w ostatnim numerze "WOE" wywiad z psychologiem Tomaszem Witkowskim "Życie to nie choroba". Przeczytałam i ogarnął niepokój.

Zasadniczo zgadzam się z postawioną tezą, że z wieloma problemami powinniśmy radzić sobie sami. Trochę na zasadzie treningu. Bo przecież życie niesie ze sobą, niestety, tyle smutnych wydarzeń, tyle stresu, że trzeba sobie umieć z nim radzić. Nie szukać cudownych środków na każde zmartwienie. Przez pewne emocje, jak słusznie zauważył dr Witkowski, należy przejść i dać się im wyciszyć.

Bo jeśli jest w nas dostateczna wola życia, z każdej "poczekalni", w której znajdujemy się po ciężkiej traumie, można wyjść. Ale czy z każdej możemy wyjść samodzielnie? Tego nie jestem już pewna.

Jestem takim "ciekawym" przypadkiem, że właściwie z każdym moim problemem, gdybym mieszkała w USA, udawałabym się na terapię.

Porzucona przez ojca w dzieciństwie (nie mam do dzisiaj z nim kontaktu, bo on tego nie chce, ja próbowałam go nawiązać), wychowywana przez matkę, która obarczona została dziedziczną poważną chorobą, którą i ja jestem zagrożona (wiadomość o chorobie była dla mnie potężnym wstrząsem). Mam za sobą trudne dzieciństwo. Wreszcie alkoholizm partnera uczynił wielkie spustoszenie w moim umyśle i życiu. Był też i rozwód. To zawsze jest bolesnym przeżyciem.

Z tym wszystkim radziłam sobie bez pomocy z zewnątrz. Bywało bardzo źle, ale w końcu przechodziłam przez te emocje, wyciszały się i żyłam dalej.

Myślę, że całkiem dobrze żyłam jak na sumę życiowych doświadczeń.

A potem poznałam cudownego mężczyznę. Miał być ślub, dzieci, wspólny dom.

Szczęście niewyobrażalne. I co? I nagle odszedł. Bez słowa wyjaśnienia, zniknął z mojego życia, niemalże rozpłynął się w powietrzu. Ktoś powiedziałby: a cóż to za nieszczęście? Nie ten, to inny.

Ale nieszczęście było. Potworne. Stan, w którym byłam, to chyba była już depresja. Czy to w końcu zmęczony organizm nie wytrzymał? Nie wiem.

Ale tym razem nie obyło się bez pomocy psychologa, a wydawałoby się, że spotykały mnie już wcześniej dużo gorsze rzeczy.

Na ile mi to pomogło w wydostaniu się z dna... nie wiem. Wiem jedno, że kiedy wychodziłam z pierwszej wizyty, miałam ogromne poczucie, że zrobiłam coś dla siebie. Że próbuję się ratować. A to dodawało siły i wiary.

Czytając wywiad z Tomaszem Witkowskim (który uważa, że na terapię powinniśmy trafiać w ostateczności), zastanawiam się, skąd człowiek ma wiedzieć, że to jest ten właśnie moment. Że właśnie teraz może już nie poradzić sobie samodzielnie. Psychika ludzka jest przecież tak krucha. Ludzie są tak różni i tak odmiennie mogą reagować na wydarzenia w swoim życiu.

Od dłuższego czasu próbuję przekonać znajomą mi osobę do wizyty u terapeuty. Dlaczego próbuję? Bo widzę, jaki chaos ma w głowie, bo wiem, że dobry terapeuta być może ten chaos by uporządkował.

Bo martwię się, widząc, że ta osoba sobie nie radzi. Miesiąc temu mój były partner, ten sam, który kiedyś zostawił mnie bez słowa, i którego zachowania budziły mój niepokój, popełnił samobójstwo. Jego życie też było mocno nieuporządkowane, a w głowie miał olbrzymi chaos. Jestem więc wyczulona na ludzi z problemami, na ludzi, którzy nawet jeśli chwilowo, to ewidentnie nie radzą sobie z życiem.

I boję się, że nieprzekonani do wizyty u terapeuty po przeczytaniu takiego wywiadu będą mieli potwierdzenie swoich racji. "Bo przecież oni doskonale sobie dadzą radę. Sami. To jeszcze nie ten ostateczny moment, kiedy trzeba poszukać pomocy".

A ja wciąż powtarzam: jeśli jest bardzo źle, szukanie pomocy u psychiatry czy psychologa to nie żaden wstyd. To akt odwagi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.