Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Z uwagą słucham wypowiedzi pani Dominiki Wielowieyskiej w różnych audycjach i uważnie czytam jej artykuły poświęcone głównie problematyce osób niepełnosprawnych i ich rodzin. Do napisania tego listu zainspirował mnie artykuł w "Gazecie Wyborczej" . Ale również " pytania, na które trzeba sobie odpowiedzieć" postawione w innym artykule. Zgadzam się z panią Dominiką Wielowieyską. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, ponieważ jestem ojcem niepełnosprawnej córki, która ma 37 lat. Od urodzenia na skutek porażenia mózgowego jest głęboko upośledzona umysłowo, ma lekooporną padaczkę, jest prawie warzywkiem. Znam ból rodziców i wiem, jakie są ich potrzeby. Jako prezes Towarzystwa Pomocy Niepełnosprawnym w Łodzi, które powstało 25 lat temu, składałem akces do Pana Ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza uczestniczenia w Międzyresortowej Komisji, która ma dokładnie przyjrzeć się dotychczas funkcjonującym przepisom i dokonać odpowiednich zmian. Są one po prostu złe. Jest co zmieniać. Dam tylko jeden przykład.

Życie z niepełnosprawnym dzieckiem od ponad 30 lat. Matka zrezygnowała z pracy, aby sprawować nad nim opiekę. Ojciec w 1995 roku przeszedł na wcześniejszą emeryturę, aby przejąć opiekę nad dzieckiem, aby żona mogła podjąć pracę i wypracować lata do emerytury. Niestety, po kilku latach z różnych względów musiała z niej zrezygnować.

Wtedy ukazały się przepisy o świadczeniach pielęgnacyjnych. Niestety, świadczenia te, kobietom, których mężowie skorzystali z wcześniejszej emerytury, nie przysługują.

Jestem bezsilny

Nikogo nie interesuje dzisiejsza sytuacja, szczególnie finansowa, tych rodzin. Pomoc społeczna, posłowie rozkładają ręce, mówiąc takie są przepisy. No to trzeba zmienić przepisy.

Nie znam liczby rodzin w skali kraju, których by ten problem dotyczył. Ale jak można utrzymać rodzinę, mając emeryturę męża ok.1200 zł, rentę socjalną córki ok. 620 zł i dodatek pielęgnacyjny 153 zł. Gdy odliczy się opłaty stałe na życie, pozostaje niewiele. Nie będę się rozpisywał o innych wydatkach. Pan Minister na moje listy do tej pory nie odpowiedział. Liczę na to, że ludzie zainteresują się naszym problemem. Ja jestem już bezsilny.

Co o tym sądzisz? Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.