Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Niedawno w "Gazecie Wyborczej" przeczytałam artykuł dotyczący problemów ludzi niesłyszących .

Mój mąż jest niesłyszący. Ja słyszę normalnie i wszystkie sprawy wymagające kontaktów telefonicznych załatwiam za niego. Mąż porozumiewa się tylko SMS-ami, e-mailami. Jesteśmy starzy - 75 i 80 lat. Mieszkamy tylko we dwoje. Powoli zaczynają rodzić się obawy: w moim wieku może mi się przecież zdarzyć choroba lub sytuacja, która uniemożliwi "samoobsługę" w kontaktach z pogotowiem ratunkowym, strażą pożarną itp. Gdybym doznała zawału serca, wylewu lub z innego powodu straciła przytomność, to mąż potrafiłby zadzwonić i powiedzieć, co się stało. Jednak w takiej sytuacji zwykle padają dodatkowe pytania, a on nie będzie umiał odpowiedzieć. Na ulicach widać wiele małżeństw w starszym wieku i przypuszczalnie taki problem jak mój - problem małżonków osób niesłyszących - dotyczy wielu osób. Z myślą o takich nieszczęśliwych wypadkach trzeba pomyśleć o bezpiecznym rozwiązaniu.

Ja już doznałam przedsmaku takiej sytuacji. W grudniu wieczorem upadłam na ulicy, uderzając twarzą o bruk. Doznałam krwotoku z nosa, mąż się nachylał nade mną, żeby zobaczyć, co się stało. Ja wołałam, żeby mi podał chusteczkę do nosa, bo moja momentalnie nasiąkła krwią. Niestety, on nie rozumiał, o co chodzi. Tym razem skończyło się dobrze - przypadkowy przechodzień podał mi swoją chusteczkę i poradził, abym przyłożyła zimny okład. W domu niestety nikt w takiej sytuacji mi nie pomoże, szczególnie w nocy. Będę wdzięczna za zainteresowanie tą sprawą wymienionych służb - pogotowia, straży pożarnej. Czy mają rozwiązanie?

Co o tym sądzisz? Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.