Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Przeczytaj całą rozmowę rozmowę

Zmieniłam zdanie

Zobaczyłam na okładce "Wysokich Obcasów" Katarzynę Bratkowską i się najeżyłam. Zareagowałam tak z powodów osobistych, ponieważ wiele lat borykałam się z problemem niepłodności. Słysząc, że kobieta chce dokonać aborcji, czułam niesprawiedliwość i zazdrość, nie rozumiałam, jak ktoś może rezygnować ze szczęścia, jakim jest urodzenie dziecka. Hipokryzja może dotknąć każdego - również mnie. Kiedy jeszcze nie wiedziałam, że będę miała problem z zajściem w ciążę, byłam przeciwniczką in vitro, mówiłam: tyle jest niechcianych dzieci, które czekają na adopcję. Moje poglądy zmieniły się, kiedy okazało się, że sama będę musiała skorzystać ze swoich rad. Wcale mi się nie spodobał pomysł wychowywania adoptowanego dziecka, chciałam mieć swoje. Wydałam majątek na leczenie i po latach nieudanych prób zdecydowałam się na in vitro. W ciąży zrobiłam testy genetyczne. Testy wyszły pozytywnie i dziecko urodziło się zdrowe. Na temat tego, co by się stało, gdyby testy wykazały wadę płodu, nie rozmawialiśmy z mężem, woleliśmy nie wypowiadać słowa na "a". Wiem na pewno, że nie chciałabym urodzić i wychowywać chorego dziecka. Mimo to byłam przeciwniczką aborcji dla innych kobiet. W trakcie lektury wywiadu z Katarzyną Bratkowską zmieniłam zdanie, uświadomiłam sobie, że kiedy problem ma twarz, ludzie często zmieniają zdanie, w końcu tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

PAULINA

Chcę was zrozumieć

Edukacja seksualna - TAK; godne traktowanie ludzi o orientacji homoseksualnej i zrównanie ich w prawach - TAK; związki partnerskie - TAK; aborcja na życzenie - NIE.

Dobrze wyedukowany człowiek w kwestiach seksualnych powinien zrozumieć, że pozbawienie życia żywej istoty jest złe. Powinien być świadomy konsekwencji swoich czynów, być w stanie wyciągnąć wcześniej odpowiednie wnioski (antykoncepcja). Katolik, muzułmanin, buddysta, ateista - wszyscy traktują zabicie drugiego człowieka jako zło. Argument mówiący, że dziecko w łonie matki nie jest człowiekiem i można je bezkarnie pozbawić życia, jest bzdurą. Wszyscy mamy wolną wolę, ale powinniśmy znać wagę i konsekwencje swoich czynów. Kochane Czytelniczki/Czytelnicy "WO", szanuję Wasze poglądy, ale nie akceptuję ich, patrzę na mojego syna i nie mogę. Podyskutujmy. Przekonajcie mnie do swoich racji. Chcę Was zrozumieć.

KRZYSZTOF

Miałam aborcję

Przeczytałam artykuł "Zabieg" i cieszę się, że wreszcie zaczyna się pisać o tym. Dużo jednak czasu upłynie, zanim znane osoby otwarcie do tego się przyznają. Nie jestem nikim znanym, a i mnie jest trudno o tym mówić. Zawsze był to temat wstydliwy i dramatyczny.

Tak, przeprowadziłam aborcję, która w moich czasach nazwana była "skrobanką". I po latach życie mnie utwierdziło w słuszności tej decyzji. Ponieważ w wywiadzie padło pytanie "jak to było dawniej?" i brakuje tu pełnej informacji, chciałam ją uzupełnić. Dawniej "skrobankę" wykonywały, bez znieczulenia, zręczne w tym działaniu różne "babki" w warunkach, o których lepiej nie wiedzieć. Chętnych było dużo. Tych czasów nie pamiętam. Byłam za mała. Pamiętam tylko tragedię rodziny sąsiadów po śmierci matki dwóch małych córek i znam tragedię mojej kuzynki, którą w ten sposób "opuściła" matka. Ja już miałam możliwość zabiegu ze względu na "czynnik społeczny".

Kobieta z objawami wskazującymi na ciążę, zbadana przez lekarza ginekologa, wyrażając wolę usunięcia ciąży, musiała obowiązkowo wysłuchać lekarza wyjaśniającego konsekwencje zdrowotne tej decyzji. Jeśli ją podtrzymywała, dostawała skierowanie do komisji. Przeszłam to dwukrotnie, najpierw z koleżanką, za kilka lat już osobiście. Od komisji otrzymałam rzetelną informację o przebiegu zabiegu i przysługujących mi prawach (bez ideologii, światopoglądu i osobistego stosunku członków komisji). Dostałam broszurki i informacje dotyczące antykoncepcji. Zademonstrowano mi środki mechaniczne służące do antykoncepcji. Zdecydowałam się na kapturek. Lekarz ponownie mnie zbadał, dobierając rozmiar kapturka. Tak wyposażona byłam przekonana, że więcej nie zmierzę się z tym tematem.

Dostałam skierowanie na zabieg do konkretnego szpitala, ale warunkiem jego przeprowadzenia była konieczność oddania krwi przez sprawcę ciąży (męża, partnera lub w zastępstwie innego mężczyzny, który wspierał kobietę w tej decyzji). To powodowało współodpowiedzialność mężczyzny za zabieg. Kobieta nie była sama.

Potem to spłycono, a komisje etyczne rozwiązano i to był błąd. Kobieta mało, że pozostawiona została sama z problemem i decyzją, to z partnera zdjęto odpowiedzialność za jej stan. Została pozbawiona rzetelnej informacji o skutkach decyzji, o sposobach zapobiegania ciąży.

Warto pisać, jak to dawniej bywało, gdy prawo pozwalało na aborcję z przyczyn innych niż zdrowotne. I o tym chciałam przypomnieć.

Nie mam odwagi podpisać tego listu, bo oszołomów jest jakby więcej, a ja przeżyłam już swoje i pragnę tylko spokoju.

STAŁA CZYTELNICZKA

Porzucona córka

Paulina Reiter napisała: "Wystarczającym powodem, żeby przerwać ciążę, powinno być to, że kobieta nie chce dziecka". Zgadzam się z tym stwierdzeniem jako kobieta i przede wszystkim jako dziecko, którego matka nie chciała, a jednak je urodziła i porzuciła.

Problem aborcji jest szeroko dyskutowany, szczególnie przez tych, których bezpośrednio nie dotyczy - księży, starsze panie, mężczyzn, którzy dzieci dawno wychowali. Jako kobieta w wieku tzw. reprodukcyjnym, matka, wrażliwy człowiek, uważam, że nie wolno decydować za kogokolwiek w tak trudnej sytuacji, jaką jest podjęcie decyzji - urodzić czy nie. Sama nie chciałabym stanąć przed taką decyzją. Moja mama jednak musiała wybrać.

Nie mam pojęcia, z jakiego powodu postanowiła mnie urodzić. Wyobrażam sobie, że to był dla niej dramat. Wiem natomiast, że źle wybrała. Zostawiła mnie w szpitalu. Potem trafiłam do domu dziecka, a stamtąd do kochającej rodziny. Ci ludzie dbali o mnie, jak potrafili najlepiej, ale Jestem człowiekiem bez korzeni, bez podstawowej wiedzy o sobie i o swoim pochodzeniu. Wypełnia mnie poczucie samotności. Nie dlatego, że mam niedobre życie. Myślę, że niektórzy mogliby mnie oskarżyć o niewdzięczność, bo osiągnęłam pewien status społeczny, czyli mam dobrą pracę, wykształcenie, dom, samochód, przystojnego męża i ukochane dzieci. Tylko co z tego! To jest takie uczucie, że jest świat i gdzieś tam ja, poza nawiasem, poza głównym nurtem. Choćby nie wiem jak mnie chwalili, choćbym przeszła samą siebie, to i tak czuję się sama, w dodatku gorsza, brzydsza, głupsza. Jakbym zawsze stała obok. Często myślę, że nie zasługuję na coś, mimo że inni biorą to bez zastanowienia. Ciągle ścigam się z samą sobą i próbuję sobie udowodnić, że jestem coś warta.

Zdecydowałam się zostać mamą. Po urodzeniu dziecka byłam szczęśliwa. Kocham mojego synka ponad wszystko, ale zrozumiałam jeszcze dobitniej, co straciłam. Nigdy nie była mi dana taka bliskość fizyczna jak między mną a moim dzieckiem. Z jednej strony dostałam ogromny prezent od życia - cudowne dziecko, ale z drugiej - poczułam rozpacz, bo obudziło się we mnie to porzucone, niechciane dziecko i jeszcze raz musiałam przeżyć swoją własną traumę.

Po co to wszystko piszę? Wydaje mi się, że trudno to wszystko zrozumieć ludziom, którzy mieli rodziców. I nie jest to to samo, co stracić rodzica w dzieciństwie, bo moja mama nie odeszła na skutek jakiegoś wydarzenia, choroby. Ona spojrzała na mnie w szpitalu i podjęła decyzję. Długo obwiniałam się o to, że nic wtedy nie zrobiłam. Przecież mogłam uśmiechnąć się, zakwilić. Wiem, że takie myślenie nie jest racjonalne, ale ponownie zapytam - i co z tego?

Moje życie jest przepełnione rozpaczą i cierpieniem. Moje życie nie było potrzebne. I proszę się powstrzymać od łatwych sądów, bo nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Nikt nie ma prawa udowadniać mi, że jest inaczej - bo dziecko, bo praca, bo mąż. Ja tak czuję.

Obrońcy życia tak pięknie potrafią mówić o adopcji. Jak to dziecko uszczęśliwia bezdzietną parę, tylko że ja nie jestem misiem pocieszaczem. Jestem człowiekiem, którego podstawowe potrzeby nie były i nigdy nie będą zaspokojone. Wiem, że mogłam trafić gorzej, ale co z tego

I nie jestem frustratką, nie jestem chora i niewdzięczna. Jestem inna, jestem sama, jestem smutna.

JOANNA

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.