Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"I co pani tak gada do tego wózka?" - zapytał mnie siedem lat temu sąsiad z parteru, który codziennie widział, jak wychodzę na spacer z moją czteromiesięczną wtedy córką. Ten sam pan Kazimierz dwa lata temu zamienił kilka słów z Joasią, która czekała na mnie przy drzwiach w drodze do przedszkola. Gdy do nich dołączyłam, powiedział: "Teraz rozumiem". Rozmawiali o negatywnych aspektach zimowego dokarmiania ptaków suchym chlebem. Zachwycił mnie wywiad z panią Ireną Koźmińską w ostatnich "WO".

Przeczytaj rozmowę

Zrozumiałam, dlaczego mój 11-letni Staś, "poważny" chłopak, który od lat połyka książki samodzielnie i niechętnie przystaje na zabawy z o cztery lata młodszą siostrą, nadal ochoczo dołącza do naszego wieczornego czytania! Nawet jeśli jest to "Detektyw pozytywka". Mało tego, jest "prowodyrem" przeciągania czasu czytania, choć z uporem maniaka komunikuję, że czytam tylko do godz. 22, bo jestem zmęczona i trzeba iść spać. Po czym sama łamię ten wewnętrzny nakaz, gdyż przyjemność wspólnego pośmiania się jest zbyt kusząca. A jeśli chodzi o czytanie w przedszkolu i szkole, często się w nie angażowałam jako rodzic (taką akcję wprowadziły nasze kochane panie przedszkolanki). Mnie samej sprawiało to ogromną frajdę! Kiedyś mama Szymonka, który zwykle ma problemy z koncentracją, była w szoku, gdy na jej pytanie: "Czy Szymek bardzo przeszkadzał?", odpowiedziałam: "Wręcz przeciwnie, zaglądał mi do książki, a po lekturze ochoczo dzielił się wrażeniami z innymi". Czytanie jest lekarstwem: na dekoncentrację, na nadmiar PlayStation i gry komputerowe, na lukę pokoleniową. Czytajmy zatem razem. To piękny nawyk, który przechodzi z pokolenia na pokolenie!

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.