Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W odpowiedzi na wywiad red. Wojciecha Orlińskiego udzielony TOK FM: "Po jaką cholerę było mi to całe dziennikarstwo?", w którym pomstuje na dziennikarstwo jako zawód, a na dziennikarstwo "internetowe" w szczególności, chciałbym zabrać głos jako przedstawiciel tego drugiego.

Szanowny Panie Redaktorze,
Jestem dziennikarzem w jednym z dużych serwisów internetowych w Polsce. Na początek przedstawię, jak wygląda praca w mojej redakcji internetowej. Pracuje u nas około dziesięciu osób plus stażyści, bez których często nie dalibyśmy rady. Pracujemy na kilka zmian, zdarzają się dni, kiedy przychodzimy do pracy na 15 i wychodzimy przed północą, aby drugiego dnia zasiąść znów przed komputerem o 7 rano. Pracujemy w weekendy. Za stawki dużo niższe niż dziennikarze z "papieru".

Nie narzekamy na otępiające godziny pracy

Oprócz pisania własnych tekstów zajmujemy się też bieżącą obsługą serwisu internetowego. Wrzucamy do sieci depesze z agencji prasowych oraz teksty starszych kolegów, publikujemy posty na Facebooku, Twitterze itd.

Nie narzekamy na otępiające godziny pracy, ani na dziesiątki technicznych spraw, o których musimy pamiętać (kliknąć w to okienko, a nie w inne, aby zdjęcie opublikowało się pionowe, a nie poziome, dołączyć odpowiedni link, film, zdjęcie). To część naszych obowiązków. Można nawet wytrzymać, że redaktorzy z papieru traktują nas jak ubogich krewnych, oraz że najlepiej czytającymi się tekstami w internecie są często galerie najładniejszych Polek 2013 roku, albo kolejny artykuł w stylu "Czy seks jest zdrowy?".

Czemu to wszystko jest do zniesienia?

Bo przychodząc do dziennikarstwa, nikt z nas nie zrobił tego, rozpatrując za i przeciw obecnego "modelu biznesowego", o którym Pan wspomina w wywiadzie. Jestem przekonany, że Pan także w młodości nie myślał o mediach w ten sposób. Większość z dziennikarzy internetowych, których znam, to ludzie myślący poważnie o sprawach kraju i świata. I mimo warunków, w jakich przyszło nam pracować, ważne jest, że piszemy na tematy dla nas istotne i zabieramy głos w debacie publicznej. Tylko tyle i aż tyle.

Zmiany wydają się nieuniknione i trzeba się do nich dostosować

Dlatego porównywanie nas do Kasi Tusk, albo Kominka (którzy doskonale wpisują się w internetowy model biznesowy, publikując zdjęcia sukienek i jedzenia oraz pisząc artykuły "My Słowianie, żeby pała sama stała"), wydaje mi się niesprawiedliwe. Mówi Pan, że "to, co się wyłoniło z internetu, jest straszne". Czy nie tak samo straszne było to, co wyłoniło się na początku lat 90. z powstających telewizji komercyjnych: disco polo i marnej jakości komedie kryminalne? Nie sprawiło to, że umarła kultura wysoka? Tak samo sądzę, że wśród pudelków i blogów o modzie można znaleźć miejsce na poważne treści.

Niemniej zgadzam się z Pańskim zdaniem, że "nie ma znanych dziennikarzy internetowych". I to prawda, że obecny model biznesowy nie pozwala na pisanie jednego tekstu przez dwa tygodnie. Tyle tylko że zmiany wydają się nieuniknione i trzeba się do nich dostosować. Pytanie nie "czy", ale "w jaki sposób?".

Szanowny Panie Redaktorze, zapewne ma Pan więcej doświadczenia niż ja mam lat, ale zaryzykuję tezę, że polskie media trawi ten sam rak niepewności, który sprawia, że od dwóch dekad czekamy na polską Nokię i jak jej nie było, tak nie ma. Koncerny medialne, zwłaszcza w kryzysie, boją się nowych rozwiązań i zmian związanych zwłaszcza z technologią. Podglądają, co robią firmy w USA i na Zachodzie Europy i ewentualnie kopiują rozwiązania, chociaż częściej po prostu coraz bardziej obniżają mianownik, aby przyciągnąć jak najwięcej widzów lub użytkowników.

W tym miejscu chciałbym jednak zwrócić uwagę, że to nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak wyglądają polskie media dzisiaj. To nie my sprzedajemy miejsca na reklamy, to nie my sprawiliśmy, że okładki niektórych tygodników opinii są odważniejsze niż okładki Playboya jeszcze kilka dekad temu, a wiadomości telewizyjne nie tłumaczą świata, tylko żerują na emocjach ludzi (co zresztą nie prowadzi do zamierzonych skutków, jak pokazują niedawne zestawienia oglądalności dzienników wieczornych największych stacji).

Niestety ja ani, jak sądzę, nikt z pokolenia obecnych dwudziestokilkulatków nie rozwiąże tego problemu. Za krótko jesteśmy w branży, a właściwie staramy się przetrwać na jej obrzeżach, aby móc wywrzeć wpływ na kształt mediów - nawet internetowych.

Proszę mi zarzucić zbytni optymizm

Jednym z pomysłów, który wpada mi do głowy, jest jednak zmiana nastawienia starszych dziennikarzy do nas i zauważenia w nas tych samych ludzi, kim byliście Państwo dwie dekady temu. W taki sposób Washington Post zauważył 29-letniego dziś Ezra Kleina - obecnie filar dziennikarstwa internetowego w USA, który jeszcze kilka lat temu był mało znanym blogerem. Nie muszę dodawać, że firma na nim sporo zarabia.

Szanowny Panie Redaktorze, proszę mi zarzucić zbytni optymizm, gdy na pana pytanie "po jaką cholerę to całe dziennikarstwo?" odpowiem, że ja nie wyobrażam sobie lepszej pracy: codziennych spotkań ze świetnym zespołem, rozmów z dziesiątkami ciekawych ludzi, merytorycznych dyskusji nad tematem i tego ekscytującego pośpiechu, gdy trzeba oddać artykuł "na już", albo gdy wydarzy się coś ważnego.

Być może jednak to uczucie mija po pewnym czasie. Wydaje mi się, że wtedy tak samo jak w filmie Ingmara Bergmana "Goście Wieczerzy Pańskiej" trzeba zachować się jak ksiądz, który stracił wiarę, jego kościół jest całkowicie pusty, ale mimo to odprawia mszę. Bo co innego pozostaje?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Książka Wojciecha Orlińskiego "Internet. Czas się bać" do kupienia TUTAJ>>

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.