Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Przeczytałam list "Poddaję się - emigruję. Pracuję od 20 lat i nie mam nic - tylko długi". Moja historia jest jakoś niezwykle podobna i zupełnie inna. Oto ona.

Mam 48 lat, w Polsce skończyłam studia humanistyczne, przepracowałam 26 lat w jednej państwowej firmie, a teraz od sześciu miesięcy jestem gosposią w angielskim domu.

Jak do tego doszło?

Miałam dobrą pracę w Polsce, przynosiła mi dużo satysfakcji, dodam, że miała charakter twórczy. Proszę mi wierzyć, byłam naprawdę dobra w tym, co robiłam, miałam zlecenia z innych instytucji, ceniono moją pracę. Jednak finansowo nigdy nie zostałam doceniona, zawsze słyszałam, że nie mam właściwego wykształcenia, tak jakby moje lata doświadczenia nie miały znaczenia. Sama tworzyłam nowe techniki pracy, starałam się być na bieżąco z tym, co działo się na rynku w mojej dziedzinie, ale nie miałam stosownych papierów.

Przełomem stał się fakt zatrudnienia w charakterze mojego przełożonego dziewczęcia zaraz po studiach. Jednocześnie poproszono mnie, żeby jej pomóc zdobyć doświadczenie zawodowe. Dziewczyna była na tyle przyzwoita, że po niedługim czasie sama odeszła, nawet dla niej to był chory układ.

Dla mnie to był jednak wyraźny sygnał, że nigdy nie uznają moich kompetencji. Zapisałam się na studia podyplomowe w tym kierunku, ale pech chciał, że ich organizator umarł. Nie było komu przejąć po nim pałeczki, więc kierunek zamknięto. To było jedyne miejsce w Polsce, gdzie organizowano takiego typu studia podyplomowe.

Już wtedy zaczęłam myśleć o wyjeździe za granicę, ale nie znałam angielskiego. Podjęłam naukę tego języka. I po roku wyjechałam do Londynu. Nie chcę wracać do mojego zawodu, uważam ten etap w moim życiu za zamknięty. Na razie więc pracuję jako gosposia, prowadzę dom, dodam, że nieźle gotuję, a to jest tutaj atut.

Daję sobie rok, żeby zastanowić się nad swoim życiem, co dalej z nim robić, jest to też czas nauki języka, w Polsce zdobyłam jedynie podstawy.

Pieniądze, jakie zarabiam w Anglii, są niewielkie w stosunku do tego, co tu się średnio zarabia, czasami jest ciężko, ale do tego zdążyłam już przywyknąć, w Polsce z biedą byłam za pan brat.

Moja historia to jednak nie tylko brak uznania w pracy.

Sąd zasądza alimenty

Chcę opowiedzieć, jak to jest, kiedy jest się po prostu zwykłym, naiwnym człowiekiem, który jedynie potrafi dobrze pracować, być przyzwoitym dobrym człowiekiem i nie krzywdzić innych.

Kiedy byłam młoda, straciłam głowę dla niewłaściwego chłopaka, wiedziałam, że nigdy nie stworzymy rodziny, ale byłam zakochana, urodził nam się syn, wtedy dopiero miałam siłę odejść od niego. Jako samotna matka, pracowałam i zajmowałam się dzieckiem, niestety, nie mogłam liczyć na pomoc finansową jego ojca. Podałam sprawę o alimenty do sądu, sąd przyznał mi w 1992 r. 30 zł alimentów (po przeliczeniu na nowe pieniądze), nie będę komentowała tej decyzji. Po dwóch latach wystąpiłam o podwyższenie alimentów, dostałam 60 zł. Ale po kilku miesiącach ojciec mojego dziecka odwołał się od tej decyzji (miał do tego prawo) i decyzję sądu cofnięto.

Wtedy dostawałam alimenty z funduszu alimentacyjnego, ponieważ ojciec dziecka nie chciał płacić. Okazało się, że brałam niesłusznie podwyższone alimenty i nakazano mi ich zwrot. Przecież decyzja sądu została cofnięta.

Chciałam walczyć o sprawy swojego dziecka, ale nie mam duszy wojownika. Dotarłam do prawnika, który ocenił, że zostałam przymuszona do ugody sądowej na niekorzyść mojego syna. Zaproponował mi apelację od wyroku, ale nie skorzystałam.

Proszę mi wierzyć, to działo się 20 lat temu, ale do dziś niewiele się zmieniło. Parę lat później ojciec mojego dziecka zmarł. Przestałam dostawać nawet te 30 zł. Okazało się, że nie przepracował wystarczającej liczby lat w Polsce i po jego śmierci dziecku nie należy się renta rodzinna.

Za biedna, żeby przyzwoicie żyć i za bogata, żeby dostać pomoc od państwa

W tym mniej więcej czasie ówczesny rząd zaczął zainteresował się losem samotnych matek, wróciła nadzieja, że może coś zmieni się na lepsze. Owszem zmieniło się, od przedstawicieli naszego parlamentu dowiedziałam się, że my, samotne matki, to margines, najdelikatniej ujmując, jesteśmy niemoralne, czytałam wypowiedzi naszych polityków i chciało mi się płakać, samotne matki wrzucono do jednego worka, byłyśmy złymi matkami, nie dawałyśmy sobie rady, a często specjalnie brałyśmy rozwody lub żyłyśmy w konkubinatach, żeby wyciągnąć pieniądze od państwa. Ja się pytam, jakie pieniądze?

Jestem dobrą matką, mojemu dziecku niczego nigdy nie brakowało (no, nie mieliśmy nigdy samochodu), jeździł na wakacje, chodził do dobrych szkół, płaciłam za jego dodatkowe zajęcia, żeby miał wszechstronne umiejętności, oraz opłacałam korepetycje, nasze szkolnictwo odbiega, niestety, od doskonałości. Obecnie mój syn zna perfekt angielski, trochę niemiecki, gra na trzech instrumentach, rozszerzoną maturę zdał z matematyki, fizyki i chemii na poziomie wysoko ponad średnią. Jest przyzwoitym człowiekiem, ma wielu przyjaciół.

Przyszła reforma świadczeń rodzinnych, z zaskoczeniem przyjęłam fakt, że ktoś dostrzegł przypadki takie jak mój, czyli ojciec dziecka nie żyje, a ponieważ za życia nie przepracował wystarczającej liczby lat, jego dziecku nie należy się po nim renta. Dostałam od państwa świadczenia przez ok. 1,5 roku. Głównym kryterium przyznawania świadczeń były dochody, jakie przypadały na członka rodziny. Niestety próg, od którego mogłam ubiegać się o świadczenia, przez wiele lat nie zmieniał się, a to powodowało, że każdego roku przy składaniu dokumentów na kolejny rok tysiące kobiet odpadało, ich pensje rosły, często nieznacznie, ale jednak, a państwo nie zmieniało progu, od którego przyznawało świadczenia. Tak właśnie skończyła się pomoc mojego państwa dla mojego dziecka. Byłam za biedna, żeby przyzwoicie żyć i za bogata, żeby dostać pomoc od państwa.

Tylko że to już mnie ani nie zaskoczyło, ani zmartwiło, cieszyłam się, że chociaż przez te 1,5 roku coś dostawałam.

Dodam tylko, że mój syn rozpoczął studia na wydziale chemii, rozczarował się swoją uczelnią, wyjechał do Londynu. Dostał się do programu finansowanego przez rząd brytyjski, pracuje w służbie zdrowia i uczy się w college'u. Zarabia przyzwoite pieniądze, w pracy doceniają go, opłacają dodatkowe szkolenia, ostatnio dostał propozycję poprowadzenia innego projektu przy jednoczesnej kontynuacji jego programu.

W przyszłym roku rozpocznie studia medyczne. Tutejszy rząd wesprze go preferencyjną pożyczką, dzięki której będzie mógł studiować, spłaci ją, jak będzie już osiągał przyzwoite dochody.

W Anglii mam skromne dochody, nie ubiegam się o tzw. benefity od państwa, pewnie i tak ich nie dostanę. Jednak te skromne dochody pozwalają mi normalnie żyć, tj. opłacić mieszkanie, miesięczny bilet na metro, jedzenie, telefon. Z tego co zostanie, muszę opłacić kredyty w Polsce, ale nadal coś mi zostaje, mogę każdego miesiąca coś sobie kupić, w tym miesiącu kupiłam ekspres do kawy. Kiedy robię zakupy spożywcze, kupuję to, na co mam ochotę, a nie to, na co mnie stać. Już sam ten fakt jest niesamowity, w Polsce nigdy nie mogłam sobie na to pozwolić. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może na wakacje pojadę na prawdziwy urlop, a nie tak jak w Polsce wezmę jakąś dodatkową pracę, żeby dorobić.

Polski sąd zawiódł mnie po raz drugi

Osobną opowieścią jest sprawa moich długów, mogłaby być ostrzeżeniem dla naiwnych ludzi, takich jak ja, żeby nie pakowali się, nawet w imię najwznioślejszych pobudek, w sprawy, o których nie mają pojęcia. Ja tak zrobiłam. Podżyrowałam pożyczkę od prywatnej osoby dla kogoś mi bliskiego. Niestety, pożyczka nie została spłacona. Wierzyciel domagał się horrendalnych odsetek, dług rósł, a ja nie byłam w stanie go spłacić. Sprawa wylądowała w sądzie, główny dłużnik namówił mnie do ugody na z góry ustalonych, niekorzystnych warunkach (ustalonych przez niego i wierzyciela), zapewniał, że teraz spłaci wszystko sam.

Po raz kolejny okazałam bezgraniczną naiwność i wiarę w drugiego człowieka. Za głupotę trzeba jednak płacić, teraz to mnie komornik ściga, zabiera mi większość moich dochodów. Najgorszy w tej sytuacji jest jednak fakt, że w tym tempie nie jestem w stanie do końca swojego życia spłacić tego długu. A wierzyciel ma zapewniony stały dochód.

Na rozprawie, gdy zaczęłam protestować, sędzina nawet nie odezwała się, tak jakby czekała tylko na moją zgodę, bo ona ma ważniejsze sprawy na głowie, np. że za 15 min otwierają stołówkę, a ona jest głodna.

Dałam temu państwu dużo dobrego, potrafię ciężko pracować, jestem kreatywna, nie boję się żyć, ale mam zasady, których trzymam się. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem i obywatelem, dlaczego więc moje państwo nigdy mnie nie dostrzegło?

Kiedy państwo powinno pomagać? I komu? Macie swoje przemyślenia? Napiszcie. Czekamy na Wasze historie: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.