Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Czytając artykuł "Uciekające panny młode", doskonale przypomniałam sobie uczucie, które towarzyszyło mi dwa lata temu.

Przeczytaj artykuł

Były to mdłości na samo wyobrażenie sobie mnie przed ołtarzem, w białej sukni z pięknym bukietem kwiatów w dłoni i spoglądającej na osobę, której za chwilę, w obliczu rodziny, Boga i całego wszechświata przysięgnę, że zostanę z nią już na zawsze. Pamiętam to uczucie, kiedy myślałam sobie, to nie ON. Ale co najważniejsze, to nie JA. Nie będę sobą, gdy do tego dopuszczę i nigdy nie będę szczęśliwa u boku tego mężczyzny.

Niech nie zmyli nikogo moja pewność siebie w tych wyznaniach, bo zajęło mi to chwilę, zanim to zrozumiałam. Odwołałam ślub 4 miesiące przed ceremonią. Psuło się już od dłuższego czasu, ale tak bardzo na siłę próbowałam uwierzyć, że to normalne, że każdy ma wątpliwości. Każdy, kto przez to przeszedł, wie, jakie to trudne. Presja i oczekiwania. Rodzina, społeczeństwo, kościół, przyszły mąż - wszyscy niczym wielki ciężki słoń siedzą na Tobie, a Ty się dusisz. Odurzają Cię zapachy oglądanych kwiatów i krztusisz się próbkami tortu weselnego. Nic nie wygląda tak jak powinno. Nie czujesz się "szczęśliwą panną młodą" z okładki kolorowego pisma. I ta nieodparta myśl: co, jeśli spotkam kiedyś na swojej drodze osobę, z którą będę mogła gadać godzinami, przy której bez skrępowania będę się śmiać i płakać. Przy której będę sobą.

Oczywiście, że rozwody są dla ludzi. Ale po co? Po co brać ślub, jeśli od samego początku naszego wspólnego życia mamy wątpliwości? Odwołanie ślubu to taki minirozwód. Zawsze to powtarzam, bo w młodym wieku musiałam podjąć decyzję, która wymagała ode mnie bardzo dużo siły i odwagi. Przyszły - niedoszły mąż do łatwych osób nie należał. Tak czy inaczej było warto. Było warto zawalczyć o siebie i swoje szczęście. Pomimo że głównie była to walka z samą sobą. Po cichu, ale na pięści. Nic, tylko mogę sobie pogratulować i dumnie wręczyć złoty pas. Gdybym nie zdecydowała się na ten krok, nigdy nie poznałabym mojego obecnego partnera, dzięki któremu w końcu czuję się szczęśliwa. Może moja historia doda odwagi innym "duszącym się" przyszłym żonom.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.