Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Polscy pracodawcy coraz chętniej zatrudniają w systemie płacy godzinowej, aby obejść przepisy o płacy minimalnej i w rozliczeniu miesięcznym zapłacić pracownikowi znacznie mniej niż ustawowe 1,6 tys. zł brutto. I nie chodzi o krótkie zlecenia - bo tak firmy tłumaczą, dlaczego nie podpisały umowy o pracę.

Sprawą zajęła się "Gazeta Wyborcza".

- Jakiś milion ludzi pracuje na godziny za 5-6 zł. Starcza na bochenek chleba i niewiele więcej. Ten rodzaj zatrudnienia to busz po polsku. Wyzysk, zapłacą albo i nie, wzgarda ze strony pracodawcy, żadnej ochrony prawnej ani widoków, by z biedy się wydostać. Źle to wróży naszej przyszłości. Najwyższy czas zająć się tym na poważnie - będzie apelował w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej" Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego.

"Gazeta Wyborcza" rozpoczyna reporterski cykl o tym, jak się pracuje w najgorzej płatnych pracach. Reporterki z oddziałów "Gazety" w Katowicach, Opolu i Poznaniu zatrudniły się m.in. przy myciu okien na uczelni wyższej, przy sprzątaniu w międzynarodowej korporacji i na bazarze. Pracowały za 5 zł "godzinówki" albo za złotówkę od kilograma ręcznie zawijanych cukierków. Bez umów, w niebezpiecznych warunkach, oszukiwane przez pracodawców.

W Polsce około 900 tys. ludzi pracuje na "godzinówkach". Czas to zmienić, ustalając dla nich minimalną stawkę.

Słodko - gorzko, czyli dziennikarka zatrudniła się in cognito przy zawijaniu cukierków

Przez osiem godzin zawijam cukierki w papierki. Jak nabiorę wprawy dostanę trzy złote za kilogram, potem, gdy będę jeszcze szybsza - już tylko złotówkę - wspomina Izabela Żbikowska, autorka pierwszego tekstu, który w poniedziałek 28 listopada otworzy cykl reporterski o głodowej pracy na godziny.

Fabryka stoi na krańcu woj. opolskiego. To jedyna w okolicy firma, która wciąż przyjmuje do pracy. Dwa lala temu korzystnie kupiła od miasta budynek w zamian za utrzymanie poziomu zatrudnienia: 120 (głównie) kobiet.

Krówki mają specyficzne żółte etykietki z napisem "hand made". Był czas, że zajadali się nimi hiszpańscy piłkarze z Valencii. Podobno negocjowano również z Realem Madryt, by cukierki były gadżetem i tej drużyny.

W ogłoszeniu o pracę podano, że mogę zarobić od 1,2 do 2 tys. zł na rękę. Warunki: "Sprawność manualna, wykształcenie bez znaczenia, mile widziane orzeczenie o stopniu niepełnosprawności".

Rozmowa trwała kilka minut. Głównie o moim hobby, wpisałam podróżowanie autostopem.

Usłyszałam: - Proszę się stawić w poniedziałek. Kwadrans przed szóstą rano. Kierowniczka zmiany się panią zajmie.

Dostałam do przeczytania informacje dla nowych zwijaczy. Paznokcie mają być obcięte, niepomalowane. Obowiązuje obuwie zmienne. Na halę nie wolno wnosić telefonów "ani żadnych rzeczy, które nie służą wykonywanej pracy". Mam sobie przynieść kłódkę i kluczyk do szafki.

- Przez pierwsze trzy miesiące będzie pani na stażu absolwenckim.

- Nie skończyłam studiów.

- To nic. Wszyscy przed 30 rokiem życia są u nas na takim stażu. Ubezpieczenie płaci wtedy urząd pracy, chyba, że ma pani własne.

- Książeczka zdrowia jest potrzebna?

- Nie na tym etapie.

Potem się okazało, że również na żadnym innym etapie ani książeczka, ani opinia lekarza nie jest wymagana. Rzeczniczka opolskiego sanepidu nie mogła w to uwierzyć - Przecież pracowała pani przy żywności! Zgodnie z prawem przed wejściem na halę produkcyjną każdy pracownik powinien być zbadany przez lekarza.

- Ja nie byłam. I co?

- Możemy wystawić mandat pracodawcy.

- Duży?

- Od 50 do 500 złotych.

***

Po kilku godzinach, wszystko staje się automatyczne. Przestaję zwracać uwagę na hałas, ręce nabierają wprawy, przestaję myśleć o tym, co robię. Obserwuję halę. Widzę kobietę, która zwija jak maszyna. Ciach, ciach, i już cukierek ląduje w koszyczku.

Zaczynam mierzyć jej czas. Mówię "Missisipi", bo podobno wypowiedzenie tego słowa zajmuje sekundę. Po dwóch jej cukierek jest gotowy. Potem liczę sobie. Pierwszego dnia, starając się by cukierek wyszedł naprawdę dobrze, szepczę ponad dwadzieścia "Missisipi", ostatniego tylko dziewięć.

Ile kilogramów cukierków potrafią owinąć w papierek najlepsi pracownicy? 30, 90 czy 180 kilogramów? Dlaczego bardziej opłaca się zawijać cukierki szybciej niż dokładniej? Dlaczego zgadzamy się pracować za głodowe stawki? Od poniedziałku szukajcie w "Gazecie Wyborczej" nowego cyklu reporterskiego "Głodowa praca na godziny".





Czytajcie w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej"

Podzielcie się waszymi historiami wyzysku w pracy "na godziny". Wybrane opowieści opublikujemy. W razie potrzeby będziemy interweniować.

Pracowaliście kiedyś "na godziny"? Napiszcie: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.